Dlaczego cieszę się, że byłem przy całym porodzie, chociaż totalnie nie planowałem?

Pewne tematy związane z porodem da się przewidzieć jedynie z dużym marginesem błędu. Twoja obecność przy porodzie będzie jednym z nich. Mam wrażenie, że ostatnio mega zwiększyła się presja na nas, żebyśmy przy porodzie jednak byli. Laski naoglądały się Przyjaciół, Ty pewnie też, a skoro Rachel urodziła w półtorej sceny, czyli jakieś cztery minuty, to oboje jesteście przekonani, że z Wami będzie identycznie. No nie będzie😀

Nasz poród trwał ponad dwanaście godzin, a to i tak nie jest jakoś strasznie długo. W szpitalu byliśmy po dwudziestej, Staś urodził się chwilę po ósmej rano. Akcja odbyła się w Szpitalu Św. Zofii w Warszawie, który nie bez podstaw jest uważany za najlepszy szpital położniczy w Polsce. Pojedyncza sala, w której spędziliśmy prawie dwanaście godzin była większa od naszego mieszkania. Serio, warunki sztos, chociaż to NFZ, więc piszę to ze świadomością, że jak na polskie realia rodziliśmy w luksusach.

Co do obecności przy porodzie: jest kilka rzeczy, które musisz zrozumieć, zanim na spokojnie podejmiecie razem ostateczną decyzję. Zakładając, że mówimy tu o porodzie tzw. siłami natury, to, co zobaczysz, będzie się totalnie różnić od wszystkich innych sytuacji, w której widziałeś matkę swojego dziecka. I dla niektórych to może nie być łatwe. Przygotuj się na krew (dużo krwi), wymiotowanie z bólu, krzyki, jeszcze więcej krzyków, jeszcze więcej wymiotowania i jeszcze więcej bólu. Do tego dochodzą szalejące u niej hormony, bo organizm przestawia się w 100% na tryb „rodzę”, brak możliwości przespania się w trakcie (duh!), a więc totalne zmęczenie. No serio, mógłbym tak jeszcze długo. Pamiętaj też, że ona wie, że Ty tam będziesz, że będziesz na to wszystko patrzył. Dla niej to będzie dodatkowo hardkorowe również dlatego, że będziesz ją widzieć w pewnie najtrudniejszym i najbardziej poniewierającym momencie w życiu, w którym brak makijażu będzie najmniejszym problemem… Wasz związek może bardzo dużo wygrać, jeżeli ogarniesz to po męsku i jak gentleman.

Akcje szpitalne znosiłem zawsze dość słabo. Difoltową odpowiedzią na pytanie „Kochanie, będziesz z nami przy porodzie, prawda?” jest zawsze „no pewnie!”, więc to jedna z tych sytuacji, kiedy opcja „najpierw mówię, potem myślę” jest jako-tako usprawiedliwiona. Oboje musicie zrozumieć jedno: jeżeli zaczniesz to źle znosić, to w pewnym momencie Twoja obecność przy akcji porodowej będzie totalnym ciężarem dla niej i dla położnych, a nie żadnym wsparciem. The Independent pisze, że ojcowie obecni przy trudnych porodach wychodzą z tego z bliznami na psychice, albo wręcz z zespołem stresu pourazowego. Jak żołnierze w Afganistanie! Ja miałem deal z położnymi, że powiedzą mi, kiedy zacznie się najgorsze, a ja wtedy (w porozumieniu z Mają) zrobię zawijkę na korytarz i wrócę ciąć pępowinę. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Stasia odbierały położne z kolejnej zmiany, a koleżanki, no cóż, nie przekazały… 😕

Jeżeli będziesz na miejscu, to zapomnij o drzemce, czy wypadzie na Orlen na hot-doga. To pewnie zależy od szpitala, ale ja miałem listę rzeczy do ogarnięcia, żeby wesprzeć Maję – masaże,  ogarnianie wody, szukanie anestezjologa, no i wsparcie emocjonalne – zwykłe trzymanie za rękę i mówienie Jej „wszystko będzie dobrze, dasz radę” z należytym przekonaniem – to w sumie chyba było najważniejsze.

W poprzednim wpisie pisałem tak:

„Ktoś mi kiedyś powiedział, w organizmie faceta obecnego przy porodzie pierwszego dziecka zachodzą nieodwracalne zmiany biochemiczne. Nie jestem biochemikiem, przy porodzie byłem od początku do końca, głównie dlatego, że położna zapomniała mnie ostrzec przed najbardziej hardkorowymi momentami, a zanim się zorientowałem to już było za późno (o obecności przy porodzie będzie w kolejnym wpisie). I coś Ci powiem – z sali porodowej wyszedłem, jako zupełnie inny człowiek pod względem psychoemocjonalnym.”

I rzeczywiście – to było najbardziej naładowane emocjami dwanaście godzin w moim życiu. Nigdy nie żałowałem. Nie mogę się już doczekać rozmowy ze Stasiem, kiedy mu to wszystko opowiem. Dla mnie to jest mega powód do dumy. To jest totalnie nobilitujące przeżycie i jestem pewien, że jeżeli będziemy jeszcze mieć własne dzieci, to zrobię wszystko, żeby przy ich porodzie też być. Po to jesteśmy ojcami.

Jeżeli chcesz wiedzieć, co u mnie słychać, to polub mnie na Facebooku i obserwuj na Instagramie. 

Nie zapomnij udostępnić tego wpisu, a jeżeli na Twoim profilu wywiąże się ciekawa dyskusja pod postem z linkiem do bloga Tata Łukasz, to koniecznie prześlij mi screen na Instagramie – shoutout w Instastory gwarantowany! 

Praw­dzi­we szczęście? Móc się dzielić:
Share on Facebook
Facebook
Share on Google+
Google+
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
Print this page
Print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.