Rozszerzanie diety – BLW, metoda tradycyjna, metoda mieszana i dlaczego wybraliśmy tę trzecią

Staś niedawno skończył pół roku, co według zaleceń World Health Organization było odpowiednim momentem do rozszerzenia jego diety. Przy podejmowaniu ważnych i dużych decyzji staramy się podeprzeć odpowiednimi źródłami na wysokim poziomie, a WHO zdecydowanie do tej kategorii się zalicza.

Wiem, że niektórzy rozszerzają dietę wcześniej. Maja podczas wizyty u naszej (już byłej) pediatry została przez nią dosłownie zgrillowana na okoliczność nieuniknionego doprowadzenia Stasia do anemii w PIĄTYM miesiącu życia, bo mleko matki, zdaniem w/w Pani Doktor, nie dostarcza wystarczającej ilości żelaza. Remedium na to miały być papki ze słoiczków, ale wyłącznie jednej firmy, nazwę której Pani Doktor podczas tej wizyty wymieniła jakiś milion razy. No cóż, normę sprzedażową trzeba wyrobić, inaczej przepadnie weekendowe sympozjum pod Olsztynem sponsorowane przez firmę od słoiczków. Po tej wizycie zmieniliśmy pediatrę. Jednak biorąc pod uwagę, że, mówiąc dyplomatycznie, na Żoliborzu to my nie mieszkamy, to jestem przekonany, że sprzedaż poszła niestety w górę. Mam tylko nadzieję,  że Pani Doktor ustawiła sobie jakiś limit i dwumiesięcznym niemowlakom tego nie kazała podawać… A w grupie ryzyka (wcześniak, szybko odcięta pępowina, ciężka anemia u matki w trakcie ciąży) Staś nie jest.

Rozszerzanie diety to ciężki temat, bo trudno stwierdzić z całą pewnością, jak jest najlepiej. Standard, jak ze wszystkim związanym z dziećmi😃. Metoda tradycyjna to w skrócie podawanie papek, na początku jednoskładnikowych, najczęściej łyżeczką, prosto do buzi młodego człowieka. Zalety – to metoda sprawdzona przez lata, tak rozszerzano dietę nam, naszym rodzicom, itd. Zawzięcie hejtowane na necie „słoiczki” to IMHO nic złego, jeśli się czyta składy – w tych najprostszych jest jabłko, woda i małe ilości witaminy C – czyli nic, czego byśmy dzieciom nie chcieli podawać. Do tego dochodzi prostota podawania – otwieramy słoik i karmimy. Nie trzeba podgrzewać, przekładać, pełen luz. Żeby nie było za różowo, to są też wady – moment w którym dziecko jest już najedzone łatwo przegapić i wepchnąć w nie nieco więcej niż by mogło pomieścić z efektem podobnym do przetankowania samochodu, tylko sprzątania jest więcej😃 Niektórzy logopedzi twierdzą też, że brak ćwiczenia gryzienia opoźnia naukę mówienia.

Ostatnio dość modnym sposobem rozszerzania diety stało się BLW – Baby Led Weaning, spolszczone też na Bobas Lubi Wybór😃. Nie bez powodu, bo ta metoda ma wiele zalet. Dzieciom podaje się do jedzenia to, co jecie sami, w kawałkach odpowiednich do wzięcia do ręki (oczywiście bez cukru i soli) i pozwala im wybrać co zjedzą, a co zrzucą na podłogę lub wetrą sobie z ciuchy lub włosy. Twórcy tej metody polecają zaufać dzieciom zakładając, że dziecko intuicyjnie wie, czego mu potrzeba i jak to zjeść. Rozwijają w ten sposób aparat mowy, uczą się gryźć, poznawać konsystencje, smaki i identyfikować uczucie sytości. Wady – mega dużo sprzątania (niektórzy skrót BLW rozwijają inaczej: Brokuł Leży Wszędzie….), trochę więcej zachodu z przygotowywaniem posiłków (bezzębnym maluchom twardsze warzywa trzeba obierać i gotować na parze), a jeśli coś się dziecku spodoba bardziej do zabawy, to może się okazać, że nasze starannie upieczone na beztłuszczowej patelni jaglane placki z cukinii z amarantusem i pastą z awokado lądują na podłodze, gdzie dojada je zadowolony pies (lub kot, jak w naszym przypadku. A tak naprawdę to dwa koty…).

Z tego wszystkiego my postanowiliśmy się nie spinać. Staś je to, co akurat jest. Kawałek sparzonego jabłuszka czy papryki, banana, przekrojone na pół borówki (całych okrągłych kawałków nie zaleca się podawać ze względu na ryzyko zachłyśnięcia i zatkania tchawicy), kawałek makaronu z naszego obiadu (sami dla siebie dosalamy sobie wszystko już na talerzu). Albo mus jabłkowy z tubki, jabłko z burakiem ze słoika, jeśli akurat nasz obiad wymaga dosolenia lub docukrzenia w trakcie gotowania. To nam się na razie sprawdza najlepiej.

Kiedy Staś dostaje mus lub przecier na łyżeczce, staramy się, żeby sam kierował łyżeczką do buzi. Nie chcielibyśmy go przekarmić. A w ten sposób co prawda wszyscy są brudni, bo skuteczność ma jak Gortat za 3, ale wiemy, kiedy ma dosyć i już nie łapie podawanej łyżeczki.

Na pewno będzie ciąg dalszy tego tematu w miarę postępów u Stasia. W międzyczasie czekam na wiadomości od was – jak to wygląda z waszymi dziećmi? Zostaw komentarz, albo wyślij maila na adres w zakładce O MNIE.

Jeżeli chcesz wiedzieć, co u mnie słychać, to polub mnie na Facebooku i obserwuj na Instagramie. 

Nie zapomnij udostępnić tego wpisu, a jeżeli na Twoim profilu wywiąże się ciekawa dyskusja pod postem z linkiem do bloga Tata Łukasz, to koniecznie prześlij mi screen na Instagramie – shoutout w Instastory gwarantowany! 

Praw­dzi­we szczęście? Móc się dzielić:
Share on Facebook
Facebook
Share on Google+
Google+
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
Print this page
Print

2 odpowiedzi do “Rozszerzanie diety – BLW, metoda tradycyjna, metoda mieszana i dlaczego wybraliśmy tę trzecią”

  1. My jestesmy za BLW ale czekamy aż Syn sam usiądzie. Póki co ma 8 miesięcy i dostaje gotowane we własnej kuchni 🙂 zupy, warzywa i owoce, koktajle, płatki i kasze. Staramy się, żeby konsystencja nie była papkowata. Nie blendujemy na gładkie puree, zostawiamy małe grudki. To taki wstęp przed BLW. Póki co i tak mleko mamy jest najlepsze 🙂
    Powodzenia w tej przygodzie, jaką jest rozszerzanie diety 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.