Trzy rzeczy, które zmieniły się w moim życiu, odkąd mam syna

Spędzam ostatnio trochę czasu na forach dla ojców, głównie anglojęzycznych – dla lekkiej odmiany 😀 – i najpopularniejszym pierwszym pytaniem kolesi, którzy właśnie dowiedzieli się, że będą ojcami, jest: czy to prawda, że dziecko zmienia wszystko? Oczywiście w pięciuset wariantach; niektórzy mają wystarczająco dużo odwagi, żeby zapytać wprost, a niektórzy kamuflują to pytanie zagajając o jedną rzecz, na której najwidoczniej najbardziej im zależy (wszystkie autentyki): „czy ona pozwoli mi dalej grać na PlayStation?”, „yyy, mam sprzedać motor?!”, albo – moje ulubione – „JAK TO mam sprzedać mojego kochanego SLK i kupić Seata Alhambrę?”😅

Jasne, że uniwersalnej odpowiedzi na pytanie „jak wiele się zmieni?” nie ma. Sytuacje są różne, czasem wręcz skrajnie różne. Niektórzy mieszkają z żoną i rodzicami w dużym domu, albo po sąsiedzku, i za chwilę zaczną tychże bardzo doceniać. Niektórzy (jak my) mają jedną świeżo upieczoną babcię za granicą, a pozostałych dziadków ponad dwie godziny jazdy od nas. Niektórzy mają kwas z matką dziecka i nawet razem nie mieszkają, albo razem nie są, ale w wychowywanie dziecka chcieliby się zaangażować (brawo!). A jak to było u mnie?

Totalnie przestałem myśleć tylko o sobie

Maja do odpowiedzialności przyzwyczajała mnie stopniowo: najpierw jeden kot, potem drugi kot, a dopiero potem dziecko 😀. Z moim backgroundem – brak zwierząt w domu rodzinnym i brak dzieci w rodzinie – to fajnie zadziałało, bo bardzo szybko przyzwyczajałem się do tego, że jeżeli zapomnę nakarmić, wymienić wodę, wyczyścić kuwetę, pamiętać o szczepieniach, czy też po prostu poświęcić czas, to ktoś będzie przeze mnie cierpiał. Szoku po pojawieniu się na świecie Stasia nie przeżyłem. Doszła po prostu nowa lista rzeczy, które powinienem nauczyć się ogarniać.

W tej sytuacji naprawdę ciężko myśleć tylko o sobie i o swoich potrzebach. Przynajmniej tych tu i teraz. Ja nagle zacząłem na poważnie myśleć o odległej przyszłości, planach na emeryturę (Staś urodził się pod koniec zeszłego roku, miałem trzydzieści cztery lata), zabezpieczeniu Stasia na start w dorosłe życie i o tym, co z Mają będziemy robić i gdzie mieszkać za 25-30 lat. Szczerze? Takie planowanie long-term mega mnie kręci.

Z drugiej strony jasne, że są rzeczy, za którymi tęsknię, a przeszkadza mi głównie ograniczona mobilność. Nie zdążyłem przed porodem pokazać Mai moich dwóch ulubionych miejsc – Izraela i Gruzji. A wycieczka tam z małym dzieckiem, zwłaszcza latem, może nie być najłatwiejsza i najprzyjemniejsza. Jednak to nauczyło mnie doceniać to, na co możemy sobie we trójkę pozwolić – chociaż na pięciodniowy wypad na narty spakowaliśmy się prawie jak na wypad na K2, to przez cały tamten wyjazd miałem cholerną radochę, że się udało!

Mniej śpię

Tak, to prawda: małe dzieci = mało snu. Wiadomo, są egzemplarze mniej i bardziej pod tym względem udane. Nasz jest pewnie gdzieś w środku stawki. Obecnie ma pół roku i noce są głównie słabe (ząbkowanie), ale pięć do sześciu godzin snu w nierównych kawałkach da się wydrapać. Uwierz – dziewczyny mają dużo gorzej – ty się obudzisz i po dwóch minutach znów zaczniesz, a ona musi nakarmić (na początku trwa to nawet i 45 minut, obecnie Staś wyrabia się w czterech-siedmiu), przewinąć i uśpić. A dwie godziny nieprzerwanego snu to absolutne minimum. W gorszych okresach korzystamy z tego, że mamy pokój gościnny – w tygodniu ja śpię tam od 23 do 4-5, a potem się zamieniamy i Maja łapie trzy godziny nieprzerwanego snu do mojego wyjścia do pracy, których potrzebuje, żeby dać radę do mojego powrotu. Z reguły nad ranem już nie zasypiam, ale sześć godzin z kawałkiem naprawdę wystarczy do tego, żeby przetrwać dzień w pracy bez większych kłopotów i zasypiania za biurkiem.

Bardziej o siebie dbam 

Powiem wprost – nie wyobrażam sobie być za kilka lat kanapowym ojcem, który z tejże nie ma nawet siły się podnieść, żeby nauczyć dziecko jeździć na rowerze czy na nartach. Po to biegam pięć razy w tygodniu na CrossFit, żeby to ze mną mój syn zaliczał pierwsze upadki na stoku, pierwsze metry na rolkach. Żeby nie wstydził się iść ze mną na basen. Żebym był dla niego supertatą. Chcę widzieć, jak rośnie, jak kończy studia. Chcę być przy nim, jak będą rodzić się jego dzieci i mieć wtedy tyle siły, żeby jeszcze i je nauczyć tych wszystkich rzeczy. O ile za trzydzieści lat ktoś jeszcze będzie wiedział, co to rower i narty… 😐 Bycie tatą jest dla mnie cholernie nobilitujące i biorę to mega na poważnie. Ten chłopak będzie mnie za kilka-kilkanaście lat bardzo potrzebować i to w najlepszej formie. Nie chcę wtedy dostać zadyszki próbując odebrać od niego telefon. Jasne, że teraz, kiedy Staś ma niecałe pół roku, to wszystko brzmi lekko abstrakcyjnie, ale mój mentor powiedział mi kiedyś „Dress for the job you want, not for the one you have”.

Podsumowując: brutalna prawda jest taka, że jeżeli chcesz żyć, jak Hank Moody, to się nie żeń i nie miej dzieci. A ta fajna jest taka, że konieczność pozostawienia za sobą dawnego życia jest z dużą nawiązką wynagradzana przez zaszczyt bycia czyimś tatą 😀

Jeżeli chcesz wiedzieć, co u mnie słychać, to polub mnie na Facebooku i obserwuj na Instagramie. 

Nie zapomnij udostępnić tego wpisu, a jeżeli na Twoim profilu wywiąże się ciekawa dyskusja pod postem z linkiem do bloga Tata Łukasz, to koniecznie prześlij mi screen na Instagramie – shoutout w Instastory gwarantowany! 

Praw­dzi­we szczęście? Móc się dzielić:
Share on Facebook
Facebook
Share on Google+
Google+
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
Print this page
Print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.