Odłóż ten telefon.

Czy masz czasem wrażenie, że brakuje ci czasu dosłownie na wszystko? Bo ja mam. Moje poranki to czterdzieści pięć minut dojazdu do pracy, osiem godzin w centrum Warszawy i prawie godzina powrotu do domu. Do tego milion rzeczy, których wymaga nasze niemałe mieszkanie, moja na nowo odkryta pasja do gotowania, comiesięczna seria rachunków, o zapłaceniu których trzeba pamiętać, częste sprzątanie mieszkania, bo moja alergia na roztocza… Lista prawie bez końca. Dzisiaj chcę napisać o tym, że są rzeczy, z których można zrezygnować, żeby zyskać czas na to, co jest naprawdę ważne. O tym, że czasem opłaca się zwolnić, przestać scrollować, klikać, kupować i komentować, żeby mieć czas na czerpanie radości z życia. Czytaj dalej

Wakacje ze Stasiem – Zjednoczone Emiraty Arabskie – cz.1 – Abu Dhabi

Kiedy dowiedzieliśmy się, że zostaniemy rodzicami, obiecaliśmy sobie, że cała logistyka związana z przygotowaniem się do podróży z małym dzieckiem nie powstrzyma nas przed pokazywaniem mu świata. 

Od początku jesieni wiedzieliśmy, że musimy sobie zrobić chociaż dziesięciodniową przerwę od marznięcia w Polsce i naładować baterie słoneczne gdzieś w ciepełku. Nie jeździmy na wypady all-inclusive, wszystko zawsze organizujemy sami. Wiąże się to jednak z koniecznością samodzielnego wybrania destynacji. Po kilku dniach przekonywania udało mi się przeforsować mój wariant: Emiraty – Abu Dhabi i Dubaj. Dzisiaj pierwsza część – bardzo skrócona relacja z Abu Dhabi. Czytaj dalej

Rzeczy, które robiliśmy w ciąży chociaż (podobno) nie powinniśmy

Zajrzałem do statystyk bloga i odkryłem, że tag „ciąża” jest zdecydowanie najpopularniejszy. Blog jest dla was, więc inspiracja, żeby napisać coś o ciąży pojawiła się od razu!

News o pierwszej ciąży to z reguły dość spory szok – niezależnie od tego, czy jest ona wyczekiwana i wystarana, czy też jest klasyczną wpadką. W głowie pojawia się milion pytań potęgowanych przez tradycyjne podejście społeczne do tego stanu. Wiadomo — ustąp miejsca kobiecie w ciąży, kolejka z pierwszeństwem dla kobiet w ciąży i tym podobne udogodnienia stworzyły w umyśle kogoś, kto przez ciążę jeszcze nie przechodził wrażenie, że te dziewięć miesięcy wiąże się z kompletnym brak możliwości prowadzenia w miarę „normalnego” życia.

Jasne jest, że każda ciąża jest inna, a w przypadku tych zagrożonych stała opieka lekarza i stosowanie się do wszystkich zaleceń jest niezbędna. Tym niemniej u większości kobiet zajście w ciążę niekoniecznie oznacza całkowite pożegnanie się z dotychczasowym stylem życia. Na to czas przyjdzie dopiero od chwili porodu…

Jeżeli to wasze pierwsze dziecko, to dobra rada z autopsji – wykorzystajcie te dziewięć miesięcy na godne pożegnanie się z tym, co definiowało wasze życie do tej pory. Zrozumcie i przegadajcie swoje oczekiwania. Na odwrót już zdecydowanie za późno, ale planning is everything i dobre przygotowanie swojego życia na konieczność skupienia się na dziecku może całkiem nieźle zmiękczyć szok związany z tym, co zaraz nadejdzie.

PODRÓŻE

Jeżeli czegoś żałuję, to tego, że w czasie ciąży podróżowaliśmy tak mało… Byliśmy na super wakacjach w Grecji, które sami od początku do końca zaplanowaliśmy logistycznie – żadne tam all inclusive, ale oprócz tego ograniczyliśmy się do weekendowych wypadów po Polsce. Teraz, kiedy jesteśmy w trójkę, też podróżujemy – Staś pierwszy lot samolotem zaliczył w czwartym miesiącu swojego życia, ale logistyka takiego wyjazdu i ograniczenia są po prostu potężne w porównaniu z wypadem we dwoje. Maja świetnie znosiła podróże samolotem i samochodem w zasadzie przez całą ciążę. Zwracaliśmy jedynie większą uwagę na czystość miejsca, w którym mieliśmy zamiar nocować. Bardzo żałuję, że nie zaliczyliśmy we dwójkę np. Gruzji. Następna okazja na wspólny wypad na plaże Batumi będzie dopiero za kilka lat.

PRACA

Tutaj oczywiście sytuacja zależy głównie od charakteru pracy oraz przebiegu ciąży i każdorazowo decyduje lekarz, ale w sytuacji, nazwijmy to, uśrednionej – ciąża przebiega prawidłowo, a przyszła mama pracuje przy biurku i nawet trochę lubi swoją pracę, stoję na stanowisku, że nie ma sensu uciekać na L4 jak tylko na teście ciążowym pojawi się drugi pasek. Po pierwsze siedzenie w domu jest nudne. Sam pracowałem jako freelancer przy biurku obok swojego łóżka przez ponad 5 lat i po kilku miesiącach miałem już dość. A nuda w ciąży jest niewskazana. Tym bardziej nuda w samotności. Po drugie, prawie dwuletnia przerwa w pracy zawodowej potrafi być zabójcza dla wielu karier. Nowe trendy w branży, projekty, nowi ludzie w pracy… Naprawdę, lepiej odrobinę zwolnić, wsłuchiwać się bezustannie w swoje ciało, ale nie rezygnować całkowicie z siebie – na to naprawdę będzie czas już niedługo. Maja pracowała bodajże do końca 7 miesiąca i gdybyśmy cofnęli czas, zrobilibyśmy pewnie jeszcze raz tak samo.

KONCERTY

Tego nie sprawdziliśmy na zbyt dużej próbie, ale na tych eventach, koncertach, czy festiwalach, na których byliśmy w czasie ciąży Mai nawet przez chwilę nie żałowaliśmy, że zdecydowaliśmy się je odwiedzić! Jasne, BHP przy festiwalowaniu w ciąży ma zaostrzony rygor, ale i infrastruktura, na przykład na takim Kraków Music Festival, potrafi być niezmiernie przyjazna kobietom w ciąży – oddzielne wejścia, specjalny podest z super widocznością na scenę i z krzesłami do wykorzystania…

(niestety – pogodę mieliśmy fatalną!)

Jasne jest, że z widocznym brzuchem, albo nawet z samą świadomością ciąży nikt mądry nie pobiegłby pod scenę bawić się z tłumem, ale przy zachowaniu rozszerzonych środków bezpieczeństwa nie ma powodu, żeby będąc w zdrowej i niezagrożonej ciąży rezygnować z chodzenia na koncerty.

Hmm… o czym jeszcze zapomniałem?🤔 Daj znać w komentarzu poniżej! ⬇️

Jeżeli chcesz wiedzieć, co u mnie słychać, to polub mnie na Facebooku i obserwuj na Instagramie.

Nie zapomnij udostępnić tego wpisu, a jeżeli na Twoim profilu wywiąże się ciekawa dyskusja pod postem z linkiem do bloga Tata Łukasz, to koniecznie prześlij mi screen na Instagramie – shoutout w Instastory gwarantowany! Czytaj dalej

Mój felieton o bliskości w SPLOCIE

Hej hej! Uwielbiam pisać o byciu tatą, to najfajniejszy stan na świecie! Ogromną przyjemność sprawiają mi prośby o napisanie czegoś do zewnętrznych publikacji i rezultatem jednej z takich próśb jest mój felieton, który ukazał się kilka dni temu w magazynie o noszeniu i bliskości SPLOT!

Poniżej wszystkie potrzebne linki, a w tym pierwszym mój felieton!

LINK DO BEZPŁATNEGO NUMERU NA ISSUU

PROFIL SPLOTU NA FEJSIE

STRONA WWW SPLOTU

 

Dokąd na weekend z dziećmi – Polska – Columna Medica (łódzkie)

Od zawsze sporo podróżowaliśmy. Oczywiście teraz, po urodzeniu Stasia, mamy wrażenie, że przed ciążą i porodem podróżowaliśmy za mało, ale bardzo się staraliśmy, żeby ten już prawie rok od kiedy jesteśmy rodzicami w miarę możliwości upłynął nam na walizkach. Nie mamy się co porównywać z tymi niesamowitymi rodzicami, którzy biorą na plecy plecaki, pod pachę dzieci i wyjeżdżają na trzy lata do Azji, ale pokazywanie świata to część mieszanki wychowawczej, jaką chcemy zafundować Staniowi.

Staś bardzo dobrze znosi dłuższe podróże samochodem (hurrra!), a dotychczasowe dwa loty do Paryża, które zaliczył w czwartym miesiącu życia też dobrze rokują, stąd też robimy się coraz odważniejsi, jeżeli chodzi o podróże z nim i wybór nowych destynacji.

Bardzo bym chciał, żeby kategoria TRAVEL na moim blogu była możliwie jak najpełniejsza. Możecie mi w tym pomóc rezerwując swoje wakacje i wyjazdy weekendowe w Polsce po kliknięciu na poniższy baner. Serwis Travelist polecam bardzo bardzo szczerze, korzystałem już kilka razy i za każdym razem było tak, jak na zdjęciach i w recenzjach!
W sierpniu obchodziliśmy naszą drugą rocznicę ślubu. Długo zastanawiałem się nad prezentem. Ostatecznie zdecydowałem się na weekend w SPA. Maja od ciągłego podnoszenia Stasia cierpi na bóle kręgosłupa, więc postanowiłem poszukać SPA specjalizującym się w zabiegach na kręgosłup. Przejrzałem kilkanaście ofert i zarezerwowałem dwa noclegi w Columna Medica bez sprawdzania, gdzie to SPA się znajduje. No cóż, okazało się, że 20km od domu rodzinnego Mai…🙄 Na szczęście nie zniechęciło nas to do idei wyjazdu, spakowaliśmy wszystkie rzeczy niezbędne do nicnierobienia przez trzy dni, wsadziliśmy Stasia do fotelika i ruszyliśmy w kierunku Łodzi.

Na miejscu od razu zakochaliśmy się w lesie, w którym położony jest sam obiekt. Po trawie chodziło się boso prawie tak, jak po super miękkim dywanie. Zdecydowanie nie jest to moloch, pokoi jest raptem kilkadziesiąt, a do tego restauracja, baseny kompleks saun. gabinety zabiegowe i kosmetyczne.

Zameldowaliśmy się dzięki pomocy super uprzejmej recepcjonistki i udaliśmy się do naszego pokoju, z balkonu którego mieliśmy taki widok:

Sam pokój miał dwa osobne duże łóżka, które bez problemu zestawiliśmy w jedno tak, żeby Staś mógł spać między nami. Łóżeczka dla dzieci są dostępne na życzenie, ale my go nigdy nie chcemy, bo Staś jeszcze się z nimi nie zaprzyjaźnił. Spało się nam rewelacyjnie, wokół cisza, super świeże powietrze. wygodne materace!

W pakiecie mieliśmy śniadania – były pyszne i bardzo urozmaicone, nawet dla nas – wege, jak i kolacje – również super. Krzesełko dla Stasia było zawsze dostępne – znany wszystkim model z Ikei.

Drugiego dnia rano Maja udała się na zabiegi: rytuał firmowy o nazwie Oddech Lasu i ćwiczenia z fizjoterapeutą. Ze spotkania z fizjo była bardzo zadowolona-pani była kompetentna, dopasowała ćwiczenia, objaśniła na co zwrócić uwagę, wydrukowała nawet opisy z obrazkami, żeby łatwiej było zapamiętać. Gorzej wypadł „zabieg firmowy”… Mai zależało na masażu, i przez telefon podczas rezerwacji pani zachwalała zabieg jako głównie masaż. Niestety okazało się, że z półtoragodzinnego zabiegu masażu było 20 minut, a reszta to leżenie w folii w masce. By może gdzieś są zwolennicy tego typu relaksu, ale Maja do nich z pewnością nie należy. Szkoda, że wyszło z tego trochę nieporozumienie, jednak po rozmowie z recepcją bez problemu dostaliśmy rabat.

A my ze Staniem udaliśmy się na kilkugodzinny spacer i kocykowanie na tej fantastycznej trawce.

Opanowaliśmy również baseny – w obiekcie jest dedykowany basen dla dzieci z podgrzewaną wodą i milionem zabawek, w którym wyczynialiśmy ze Staniem również takie cuda.

Bardzo zawiodła mnie sauna. W zasadzie wszyscy korzystający z niej robili to z naruszeniem regulaminu, który zabrania wchodzenia do sauny w poliestrowych strojach kąpielowych i z małymi dziećmi. No trudno, więcej czasu ze Staniem w basenie dla mnie!

Podsumowując – miejsce warte odwiedzenia na weekend, bardzo przyjazne dzieciom, z pysznym jedzeniem i niezłą ofertą zabiegów leczniczo-kosmetycznych, w przypadku których zalecamy wzmożoną ciekawość przed zabiegiem i dowiedzenie się, jak dokładnie dany zabieg ma wyglądać.

Jeżeli chcesz wiedzieć, co u mnie słychać, to polub mnie na Facebooku i obserwuj na Instagramie. 

Nie zapomnij udostępnić tego wpisu, a jeżeli na Twoim profilu wywiąże się ciekawa dyskusja pod postem z linkiem do bloga Tata Łukasz, to koniecznie prześlij mi screen na Instagramie – shoutout w Instastory gwarantowany!  Czytaj dalej

Kosmetyki do pielęgnacji dziecka – moja lista TOP 3

Kiedy Maja była w ciąży zrobiliśmy spory research odnośnie kosmetyków dla noworodka i małego dziecka, które będą nam potrzebne przez pierwsze miesiące po porodzie. Wiadomka – promki, lepiej wcześniej, niż później, itd…

Ten proces to naprawdę spora pułapka, zewsząd reklamy o tym, co MUSISZ  MIEĆ, żeby Twoje dziecko było rozwijało się prawidłowo. A znaczna część z tych produktów „must have” jest naprawdę zbędna. Szkoda tylko, że dowiadujemy się o tym głównie na własnym przykładzie już po tym, kiedy większość z tych „niezbędnych” rzeczy wylądowała w koszu po jednokrotnym użyciu. Na szczęście my mieliśmy w sobie na tyle samokontroli, że kupiliśmy bardzo niewiele rzeczy, które potem okazały się nieprzydatne. Cieszę się, że mogę się podzielić naszym doświadczeniem. Polecam dwa poprzednie wpisy zakupowe:

NASZE NAJLEPSZE DECYZJE ZAKUPOWE

NA CO TOTALNIE WYRZUCILIŚMY PIENIĄDZE

Wracamy do kosmetyków! Nasze podejście jest takie, że staramy się kupować jak najmniej różnych kosmetyków (olejek ze słodkich migdałów zastąpił nam w pierwszych tygodniach życia Stasia kilkanaście różnych produktów), ale te, które kupujemy muszą być najwyższej jakości. Niezapchanie sobie szafek w domu toną kosmetyków, których potem nawet nie otworzycie naprawdę nie jest skomplikowane przy odrobinie solidnego researchu opartego na dobrych źródłach!

Żeby nie wydać na to wszystko milionów mamy dwa ulubione kanały zakupowe – promki w Rossmannie i Ceneo. Dla Twojej wygody wszystkie produkty z poniższego opisu są podlinkowane do ofert w Ceneo. Bardzo polecam uważne zarządzanie budżetem, kiedy rodzina powiększa się o małe dziecko😌.

Bepanthen – maść ochronna przeciwko odparzeniom. Wersja Baby Extra według nas jest najlepsza – ma dobry skład, nie jest przeładowany olejami mineralnymi, nie zawiera tlenku cynku – idealna na pierwsze miesiące do smarowania skóry dziecka przy przewijaniu. U nas sprawdziła się świetnie – żadnych podrażnień, żadnych uczuleń. Idealny zakup, must-have. Alternatywnie dobry jest też zielony Linomag.

Water wipes – mokre chusteczki to podstawa dobrego związku rodziców z małym dzieckiem!😆 Przydają się do wielu rzeczy – zaczynając od mycia, a raczej „doczyszczania” dziecka przy przewijaniu, w trakcie i po jedzeniu, aż do przemywania rączek po wyjściu z piaskownicy. Ja bardzo polecam chusteczki nienasączone niczym innym poza wodą! Czyli bez żadnych detergentów, środków zapachowych, etc. My dostaliśmy kiedyś dwa pudła chusteczek Pampers, ale ponieważ mają detergenty i konserwanty w składzie to używamy ich głównie do czyszczenia krzesełka po jedzeniu.

Ich jedyna wada to to, że są dość drogie🙄. My kupujemy opakowania zbiorcze, oczywiście przez internet.

Tu jest link do Ceneo, gdzie można je znaleźć chyba w najlepszej cenie na rynku Czytaj dalej

Nasze najbardziej trafione zakupy, czyli trzy rzeczy, na które nie wyrzuciliśmy pieniędzy

Jeden z poprzednich wpisów – ten o nietrafionych zakupach wywołał Wasze spore zainteresowanie. A zatem pora na ciąg dalszy – wpis o naszych najbardziej trafionych zakupach dla Stasia – od samego początku aż do teraz, czyli do dziesiątego miesiąca (Stasia, nie ciąży…😉).

Kompletowanie wyprawki dla dziecka to naprawdę niezły hardkor… Cały czas przez to przechodzę, a przede mną chyba jeszcze dobre kilka lat tej zabawy… Wydaje mi się jednak, że to początek całej przygody jest kluczowy – dziecko potrzebuje wtedy naprawdę najlepszych rzeczy i potrzebuje ich bardzo dużo. A wiadomo, jak to jest z zakupami – u mam przerażenie całą sytuacją pt. „jestem w ciąży” w kombinacji z wrodzoną pasją do zakupów potrafi nieźle napompować liczbę rzeczy, które potem trzeba będzie (najczęściej nieużyte ani razu) zwrócić. Nasza rola to delikatnie hamowanie tej tendencji, co czego, mam nadzieję, przyda się wam ten poprzedni wpis o rzeczach całkowicie zbędnych, jak i ten – o tych najbardziej trafionych.

PIELUSZKI LUPILU (4 i 5)

„Odkryliśmy” je w Lidlu dopiero niedawno, wcześniej jechaliśmy na Pampersach. Te z Lidla są zdecydowanie bardziej miękkie, niż Pampersy i w naszym odczuciu tak samo chłonne, a do tego kilkadziesiąt procent tańsze! To naprawdę nie jest jakość dyskontowa sprzed 10 lat, a bardzo porządny produkt, który bez żadnych obaw zakładam swojemu synowi. Próbowaliśmy tylko czwórek, teraz Staś nosi już piątki, więc moja pozytywna subiektywna opinia dotyczy tylko tych dwóch rozmiarów.

MATERAC DO POKOJU STASIA

Materac, który jest na tym zdjęciu to stary piankowy materac rodziców Mai, który zalegał u nich na strychu, a nam się bardzo przydał.

Co prawda nie był to zakup, bo dostaliśmy go za friko, ale spisuje się fantastycznie i decyzja o wstawieniu go do jego pokoju była naprawdę dobra! Dzięki temu spędzamy tam wszyscy sporo czasu, ja na nim naprawdę fajnie odpoczywam patrząc na bawiącego się Stania. Dzięki temu materacowi ten najmniejszy pokój w całym mieszkaniu stał się sercem całego naszego czteropokojowego domu. Staś uwielbia zasypiać mi na klacie, po odłożeniu go na ten materac wcale nie muszę się ewakuować z pokoju, żeby poczytać, odpisać na maile, czy pogadać z Wami na fejsie😊. A i po przebudzeniu Staś od razu widzi mnie albo Maję, a nie pustkę i ciemność.

DOIDY CUP

Doidy Cup to kubeczek do picia i jedzenia dla dzieci od szóstego miesiąca, który ma specjalną konstrukcję – jest jakby „ścięty” z jednego boku. Dzięki temu dziecko (i rodzic) widzi dobrze zawartość kubeczka i może kontrolować przechył i tempo picia i jedzenia. Nie widzieliśmy w tym nic genialnego… Dopóki nie daliśmy w nim Staniowi kaszki, którą wychlipał w 37 sekund🙄. Tak mu się spodobało, że teraz nie ma innego jedzenia rzadkich kaszek czy zup, niż w Doidy Cup. Teraz już sam zaczyna chwytać małe uchwyty po bokach i przechylać sobie kubeczek. Dodatkowo, Doidy jest leciutki, mały i można go myć w zmywarce. To nasz strzał w dziesiątkę jeśli chodzi o pomoc w rozszerzaniu diety. Bardzo polecam!

A jakie są Twoje strzały w dziesiątkę, jeżeli chodzi o wyprawkę dla dziecka?

Jeżeli chcesz wiedzieć, co u mnie słychać, to polub mnie na Facebooku i obserwuj na Instagramie.  Czytaj dalej

Niania WANTED, czyli jak znaleźliśmy super nianię

Wiem, wiem — dawno się nie odzywałem… Bardzo się stęskniłem za tym blogiem, ale naprawdę mam kilka dobrych wymówek! Przede wszystkim w zeszłym tygodniu spędziliśmy bardzo przyjemny weekend rocznicowy (to już druga rocznica naszego ślubu pod drzewem w Dworze Dawidy na Mazurach!) w kameralnym SPA pod Łodzią – Columna Medica. Złapaliśmy super promkę na Travelist (link tutaj) i poleniuchowaliśmy się w przestronnym pokoju 2+1 z pełnym wyżywieniem, prywatnym basenem z podgrzewaną wodą i toną zabawek dla Stasia, w którym robiliśmy TAKIE rzeczy, a widok z pokoju mieliśmy naprawdę wspaniały! Sam zobacz:

Po drugie: zaliczyliśmy kolejny rodzicielski milestone – Maja wyjechała na całe dwa dni i pierwszy raz zostaliśmy ze Staniem w domu na noc bez niej. Było tak totalnie super, mówiąc szczerze aż niespodziewanie fajnie, że pozbyłem się wszelkich wątpliwości – ogarnę to tacierzyństwo i to raczej całkiem nieźle!

A trzeci powód jest taki, że Maja za dwa tygodnie wraca do korpo… Na razie na część etatu, ale od zimy już na cały. Planowaliśmy to od samego początku ciąży, więc mieliśmy sporo czasu na przygotowanie się do Dnia Zero. Mamy jeszcze dziesięć tygodni urlopu do wykorzystania „na wszelki wypadek”, ale z podejściem naszym i Stania raczej nie obawiam się żadnej wtopy. Będzie dobrze!

Kompletnie nie myślałem o namawianiu Mai do zostania w domu i rezygnacji z pracy na dłużej, niż to było konieczne. Przez chwilę zastanawiałem się nad zostaniem w domu na kilka miesięcy, przemyśleniem planów na dalszą przyszłość jednocześnie spędzając czas ze Stasiem, ale finalnie zdecydowaliśmy, że póki co spróbujemy wariantu z dzieckiem i z dwojgiem pracujących na pełny etat rodziców.

NIANIA VS ŻŁOBEK

Przez chwilę rozważaliśmy wysłanie Stasia do żłobka, najwygodniej byłoby znaleźć taki prywatny (koszt – około 1200 zł miesięcznie w Warszawie) gdzieś blisko, ale w ostateczności pomysł upadł z kilku powodów:

  • Staś jest jeszcze za mały. Co prawda żłobki przyjmują dzieci od szóstego miesiąca – Staś ma dziesięć – ale obawialiśmy się, zapewne słusznie, że w żłobku nie dostałby takiej atencji i opieki, jaką ma w domu.
  • Baliśmy się, że będzie przywlekał do domu coraz to nowe infekcje i choroby.
  • Chcieliśmy jednak, żeby jak najwięcej pozytywnych wspomnień miał związanych ze swoim domem.
  • Czytaj dalej

    10 miesięcy tacierzyństwa – totalna (r)ewolucja

    Staś ma już prawie 10 miesięcy. Nie mam pojęcia, kiedy to zleciało, serio. Od 10 miesięcy śpię inaczej, myślę inaczej i mam kompletnie poprzestawiane priorytety w życiu. Przez te 10 miesięcy wykańczaliśmy nowe mieszkanie (kompletnie zasypując je rzeczami Stasia i dla Stasia), zmieniliśmy jeden samochód, byliśmy w Paryżu, na road tripie po pięciu krajach, na nartach w Beskidach i tysiąc razy na weekend u dziadków.

    Przez te 10 miesięcy zdążyłem założyć tego bloga, przenieść go z Blogspota na WordPress, założyć konto na Insta i wrzucić ponad 50 zdjęć, założyć blogowego fanpage’a na fejsie i kompletnie go olać, bo tak szczerze,to zupełnie nie mam na niego pomysłu…

    Przez 10 miesięcy byliśmy z Mają półanonimowymi bohaterami strasznie kiepskiego reportażu na Onecie o małżeństwach z Tindera, ja napisałem felieton o bliskości do kwartalnika parentingowego, który został fajnie przyjęty w redakcji, może kiedyś się ukaże (podobno w październiku!).

    Odkryłem grupy i fora matkowe i ojcowe. Uciekłem stamtąd, zanim zdążyłem cokolwiek napisać. Sorry, ale mam trochę inne spojrzenie na ojcostwo, niż ludzie, którzy tam siedzą.

    Przez 10 miesięcy nauczyłem się przewijać, usypiać, karmić bez rozmazywania jedzenia wszędzie wokół (serio, umiem to!), nosić, bujać, tulić, szukać smoczka (czasami z powodzeniem!), zapinać dziecko w foteliku, a fotelik w samochodzie, wiem wszystko o pieluszkach, mleku modyfikowanym, oliwkach, biegunce wirusowej, bilirubinie, ząbkowaniu, skokach rozwojowych, 14 różnych znaczeniach bababababa w zależności od intonacji. Spotify sugeruje mi już wyłącznie playlisty z dźwiękiem morskich fal i wodospadów. No, czasami e-booki dla dzieci.

    Zacząłem wolniej jeździć samochodem (nieważne, czy ze Staniem w środku, czy bez). Zainteresowałem się stopami procentowymi, lokatami, ubezpieczeniem na życie i na wypadek niezdolności do pracy. Założyliśmy Stasiowi konto oszczędnościowe.

    A propos hajsu – doszedłem do wniosku, że nie ma już niczego, co chciałbym sobie kupić dla poprawienia nastroju, albo z czystej chęci posiadania. Odkładanie pieniędzy dla Stasia sprawia mi milion razy większą radochę, niż ich wydawanie.

    Nie uciekł nam żaden kot!

    Od 10 miesięcy nie byłem z kumplami na browarze (w zasadzie z kumplami „widzę się” już tylko przez internet). W barze byłem kilka razy, ale to tylko na wyjazdach służbowych. Po pracy do domu wracam, jak przyciągany przez wielki magnes, a najlepiej odpoczywam leżąc na macie u Stasia w pokoju i opowiadając mu o rzeczach, których na razie i tak nie czai.

    Dbam o siebie, jak jasna cholera. CrossFit pięć razy w tygodniu, cukier ograniczyłem do minimum, mięsa nie tykam, ryby jem dwa razy dziennie. Jest mi z tym fantastycznie, przychodzi mi to naprawdę zaskakująco naturalnie. Moje wnuki będą mieć super dziadka, który będzie z nimi szalał na nartach, rowerze i basenie.

    Byłem w kinie dwa razy, obydwa w ciągu ostatniego miesiąca. Żyjemy jak w dżungli, bez telewizora i bez broadbandu, więc przeczytałem mega dużo książek (żadnej poradnikowej o dzieciach, ale dwie o dzieciach po prostu) i nie zmarnowałem tysiąca godzin na oglądaniu re-runów HIMYM, albo Friendsów na Comedy Central.

    Byliśmy na kolacji/lunchu we dwójkę jakieś pięć razy; przed Stasiem to była nasza średnia z dwóch tygodni. Jak się nie ma dziadków pod ręką, to podobno jest i tak niezły wynik. Po dwóch latach małżeństwa mam ochotę na kolejne pięćdziesiąt i jeszcze trochę dzieci. Prototyp wyszedł nam całkiem całkiem…

    Uczę się ogarniać nas w trudniejszych chwilach. Nie obrażać się za jakieś głupoty. Nie stawiać się na pierwszym miejscu. Oduczyć się postaw roszczeniowych. Czerpać inspirację i spokój z tego, że to już jest na zawsze.

    Maja za moment wraca do pracy. Może i powinienem być tym przerażony, ale ja jestem mega dumny. Znaleźliśmy nianię, i to za drugim podejściem. Mam przeczucie, że to na dłużej i że ten układ zadziała.

    Przeszliśmy przez wszystkie fazy doła i euforii związanej z cyklem spania (a raczej niespania) Stasia – „ojej, jak on ładnie śpi”, „spał trzy godziny, ale super”, „spał tylko trzy godziny, zaraz zwariuję”, „zasnął w swoim łóżeczku, teraz już na pewno będzie tam spał co noc”, „nie zasypia nawet, jak go noszę”, „dlaczego on jeszcze śpi?!”, „dlaczego on już nie śpi?!”. Wszystko było. A przede mną jeszcze więcej.

    Jestem tatą! Ale super.

    Jeżeli chcesz wiedzieć, co u mnie słychać, to polub mnie na Facebooku i obserwuj na Instagramie. Czytaj dalej

    Krótka instrukcja usypiania dzieci dla początkujących ojców

    Instagramie – przemówiłeś!😄

    Bardzo przydałby mi się taki artykuł jeszcze kilka miesięcy temu… Cóż, tych kilka miesięcy później jestem ZNACZNIE bogatszy o doświadczenia w usypianiu mojego dziewięciomiesięcznego Stasia.

    Wiadomka – każde dziecko jest totalnie inne. Jedne śpią pięknie prawie każdej nocy, i to bez konieczności stosowania sztuczek takich, jak opisane poniżej, a na inne, te przeciwnego bieguna, nie działa po prostu nic. Nasze przejścia ze Stasiem pokazały, że tak naprawdę dziecko śpi tylko wtedy, kiedy chce. A samo sztuczne usypianie do spania na pewno go nie zmusi, może co najwyżej mu trochę w tym pomóc.

    Od razu disclaimer – poradnik jest dla ojców, więc pomijam sposoby dla nas niedostępne, na przykład karmienie piersią😌.

    BUJANIE I NOSZENIE

    Sposoby absolutnie podstawowe i, w różnych wariantach, stosowane od zawsze. W trakcie ciąży dziecko śpi w dzień, bo właśnie wtedy mama się rusza powodując lekkie bujanie, a czas aktywności to noc, kiedy bujania nie ma. Chyba ciężko się od tego odzwyczaić, ale dzięki temu możemy w miarę łatwy sposób pomóc naszemu dziecku zasnąć.

    Zdaniem niektórych ojcowie bujają lepiej (no ba!), bo dziecko nie czuje bliskości pokarmu i nie rozbudza się chcąc jeść. U nas faktycznie tak jest – po kilkunastominutowej awanturze przy mamie Staś potrafi zasnąć mi na rękach po kilkudziesięciu sekundach. Wiadomo jednak, że

    U nas najlepiej działa odkładanie Stasia tak, żeby leżał na brzuchu, smoczek w pyniu i przez 2-3 minuty bardzo lekko bujam nim trzymając go za tyłek.

    Są jednak przypadki skrajne – nas los oszczędził kolkowo, ale opowieści moich znajomych potrafią być lekko przerażające. Małe dzieci ogólnie nieźle śpią w samochodzie podczas jazdy (działa combo bujanie + szum), więc na bardzo źle śpiące maluchy, zwłaszcza w pierwszych miesiącach życia w połączeniu z kolką albo z ząbkowaniem, czasem działa jedynie tzw. POM, czyli Powolny Objazd Miasta. Kilkugodzinna wycieczka jednego z rodziców po okolicy z dzieckiem w foteliku na tylnym siedzeniu jest czasami jedynym sposobem na to, żeby drugie z rodziców mogło się przez kilka godzin przespać.

    Jest też sposób, którego my nie praktykowaliśmy, ale podobno na niektóre egzemplarze działa – delikatne skakanie siedząc z dzieckiem na piłce gimnastycznej. Uspokajająco działa ruch góra-dół, więc można też robić przysiady😃.

    skuteczność: 9/10

    SZUM

    Czyli white noise imitujący to, co otoczone przez płyny dziecko słyszało w brzuchu mamy od momentu, kiedy zaczęło słyszeć, aż do samego porodu. Wariantów jest wiele – suszarka (u nas nigdy nie działała, ale w wielu przypadkach, w tym naszych znajomych, podobno świetnie się sprawdza), pralka (Staś uwielbia patrzeć na robiące się pranie, kiedyś tak usnął w jakieś totalnie dziwnej pozycji leżąc mi na brzuchu), SzuMiś (wybebeszyliśmy biedaka i lecimy teraz na samym głośniczku), wieloryb (miał swój dobry moment ze Stasiem, potem kompletnie przestał go ruszać, teraz znów się zaprzyjaźnili), a na koniec nasz największy hit – czyli playlisty Spotify! Bierzemy wszystko, co ma w sobie wyrażenie ocean waves – ja się nawet nie podejmuję usypiania młodego bez fal w tle. Poniżej dwie nasze ulubione (=najbardziej skuteczne) playlisty:

    Skuteczność: od 3/10 (suszarka) do 9/10 (playlisty na Spotify)

    LAWENDA

    My w momentach najgorszych kryzysów sięgnęliśmy również po olejek lawendowy. Skraplaliśmy kilkoma kroplami łóżeczko Stasia i okolice – naprawdę kilkoma, łatwo przesadzić, a te olejki są mega skoncentrowane – i z lekkim rozczarowaniem odnotowaliśmy brak spektakularnego efektu…🙄 Poprawa była lekko zauważalna, ale bez cudów, a tym samym…

    skuteczność: 2/10

    KARMIENIE BUTELKĄ + SMOCZEK 

    Tu przypomina mi się historia mojego pierwszego wieczoru ze Stasiem, kiedy miałem go uśpić. Staramy się nie podawać mu mleka modyfikowanego, ale tego wieczoru za bardzo nie miałem wyjścia. Coś lekko pokręciłem z ilością wody i Staś dostał 4 łyżeczki na 100ml, zamiast na 150ml… Czyli dostał budyń. Zjadł prawie całą setkę, a spał po niej ponad sześć godzin, co na ten czas było chyba rekordem. Nie próbujcie tego w domu, ale faktem jest, że z butelką (z dobrymi proporcjami w środku) usypia się rewelacyjnie. Staś zasypia prawie zawsze w trakcie, delikatnie wyjmuję butelkę z pynia, zamieniam ją szybko na smoczek i mamy piękne spanie!😎

    skuteczność: 8/10

    Dodatkowo jest kilka rzeczy, z którymi możesz poeksperymentować i poobserwować, które z nich mają jakiś wymierny wpływ na jakość snu twojego dziecka. Podstawowa sprawa to dostosowanie warunków w sypialni. Po pierwsze – im ciemniej, tym lepiej. Sprzyja to wytwarzaniu melatoniny, a świecenie dziecku telefonem po oczach (sobie zresztą też) tę melatoninę zabija. Dzieci reagują też różnie na temperaturę otoczenia – niektóre wolą, kiedy jest trochę chłodniej, więc można popróbować z różnymi konfiguracjami okrycia.

    Jeżeli twoje dziecko mimo wszystko ma kłopoty ze snem, to zastanów się nad sprawdzeniem poziomu żelaza w jego krwi – anemia negatywnie wpływa na jakość snu. Na poziom melatoniny wpływa też poziom kwasu DHA. Ciekawy artykuł na ten temat znajdziesz tutaj.

    Jeżeli chcesz wiedzieć, co u mnie słychać, to polub mnie na Facebooku i obserwuj na Instagramie.  Czytaj dalej