Na co wyrzuciliśmy pieniądze, czyli rzeczy dla dziecka, bez których nie zawali się wam świat

Jeżeli twoja dziewczyna jest w ciąży, to jest duża szansa na to, że już tworzy listy rzeczy, które jej zdaniem (czyli zdaniem koleżanek, które już urodziły i internetu) są „niezbędne” i „koniecznie” musicie je mieć. Też tam byłem…😀 Jednak po jakimś czas okazuje się, że większość rzeczy nawet nie zalicza swojego unboxingu.

Poniższa lista to amunicja dla Ciebie w rozmowach z nią o tym, co naprawdę musicie kupić. Moja lista jest konsultowana z Mają, więc to w żadnym razie nie jest tylko moje samcze widzimisię, a raczej sprawdzona na własnym przykładzie kompilacja tego, co nam się totalnie nie przydało, lub co przez ostatnie siedem miesięcy uznaliśmy za nie do końca uzasadniony zakup:

Sterylizator do butelek – pożyczyliśmy, a nie kupiliśmy. Nie użyliśmy ani razu. Butelki po myciu zdecydowanie łatwiej jest wyparzyć wrzątkiem. Jasne, jeżeli ktoś karmi mlekiem modyfikowanym (u nas to było/jest od wielkiego dzwonu), to może faktycznie zakup sterylizatora ma sens. Ale jeżeli dziecko większość posiłków je z cycka, to wywalenie od 130 zł w górę i rozkładanie/składanie/mycie tego sprzętu jest totalnie nieuzasadnione.

Podgrzewacz do butelek – mamy, nie użyliśmy ani razu. Again, wydać od 50zł w górę, podłączać cały sprzęt tylko po to, żeby nie musieć przez krótką chwilę potrzymać butelki z mlekiem pod ciepłą wodą z kranu, albo w garnku…? No sorry, nie trafia to do mnie. Wiesz, ile książek możesz kupić dziecku za te pięć dych?! 😀 (odpowiedź: 2-3…🙁)

Wózek „dwa/trzy w jednym” – mamy dwa w jednym Bebetto Bresso (gondola+spacerówka). Gdyby nie fakt, że Staś urodził się zimą, w ogóle nie kupowalibyśmy gondoli. Posłużyła nam i tak tylko niecałe cztery miesiące, a latem spokojnie moglibyśmy używać rozłożonej na płasko spacerówki z tego zestawu. Z dużymi wózkami typu „dwa w jednym” jest tak, że im lepiej amortyzowany, tym bardziej ciężki i nieporęczny😀. Amortyzacja jest ważna, jeśli planujecie często spacery po wertepach czy lesie. Jeśli nie, postawcie na lekkość – serio, każdy kilogram wózka więcej czuć w kręgosłupie po szesnastym wyjęciu go z bagażnika, a pamiętaj, że jak ty będziesz w pracy, to ten wózek będzie wyjmować ona, i to jej kręgosłup będzie cierpiał. Stelaż od tego zestawu przydaje się też do użycia z fotelikiem samochodowym – na przykład przy okazji szybkiego wyskoczenia do sklepu nie trzeba dziecka przekładać do wózka. Ale ogólnie, to nie jest zakup „na lata” i nie warto kupować „dwa w jednym” za parę tysi. Spokojnie możesz kupić coś tańszego albo nawet używany wózek. Staś ma niecałe siedem miesięcy, a my i tak już dużo częściej używamy lekkiej, małej parasolki Chicco.

Oddzielną kwestią jest wybór fotelika samochodowego. Te od zestawu „trzy w jednym” odrzuciliśmy od początku – w polskich wózkach zwykle nie mają testów zderzeniowych i ich bezpieczeństwo było dla nas zagadką. Wybraliśmy Maxi Cosi CabrioFix, ale teraz, z perspektywy czasu wiemy, że lepszą opcją byłaby wycieczka do sklepu i dopasowanie fotelika do samochodu. W pierwszym foteliku – tak zwanej łupince – ważny jest kąt nachylenia oparcia. Jeśli jest zbyt mały, to główka dziecka może opadać podczas jazdy, co grozi niedotlenieniem malucha. Jeśli zbyt duży, to w razie wypadku nie jest to do końca bezpieczne. Najlepiej zatem dopasować fotelik do auta, bo finalny kąt nachylenia oparcia zależy np. od głębokości czy wyprofilowania waszej kanapy w aucie. Nam się udało to dopasować, ale to zupełnym fartem, bo nie sprawdziliśmy tego wcześniej.

Śpiworekkwestia indywidualna. Again – mamy, ale ani razu nie użyliśmy. Staś najpierw spał w kocyku zawiniętym jak rożek, a potem przyszło lato i śpi, jak ojciec – bez niczego. Z drugiej strony są dzieci, które w śpiworkach  śpią nieźle, stąd też disclaimer na początku.

Sporo kosmetyków:

  • szampon do włosów i płyn do kąpieli – kąpiemy Stasia w wodzie z olejkiem migdałowym (ze słodkich migdałów), tą samą wodą myjemy mu włosy. Zbieramy propsy za stan jego skóry od samego początku – zarówno od położnej środowiskowej, jak i przy wszystkich wizytach u pediatry😀. Dziecko, dopóki nie pełza po podłodze, nie ma za bardzo jak się ubrudzić „klasycznym” brudem, więc detergent jest po prostu niepotrzebny.
  • olejek na ciemieniuchę – w przypadku Stasia totalnie wystarczyło „wyczesanie”, a raczej wytarcie ręcznikiem ciemieniuchy po jej wcześniejszym rozmiękczeniu olejkiem ze słodkich migdałów. Potem wystarczy spłukać wodą, ręcznik do łapki i gotowe. Większość olejków na ciemieniuchę i tak ma w składzie olejek, więc moim skromnym męskim zdaniem po co mnożyć byty i kupować pięć różnych buteleczek, jak można wszystko lać z jednej.
  • balsam do ciała – jak wyżej. Skóra dziecka po kąpieli z olejkiem ze słodkich migdałków jest już tak super nabalsamowana, że dodatkowa warstwa jest po prostu zupełnie zbędna.

Przewijak (mebel) – mamy TAKI z Ikei. Kupiliśmy go prawie za 379 zł tylko dlatego, że za jakiś czas można go przekonwertować na biurko dla kilkuletniego dziecka. Jeżeli macie osobny pokój dla dziecka, to faktycznie, możecie zainwestować. Jednak nie jest to MUST HAVE, jeżeli chodzi o przewijaki. Spokojnie wystarczy wam TAKI, też z Ikei, a cztery razy tańszy (89zł). Mamy obydwa – ten mniejszy na górze w sypialni po czterech miesiącach powędrował na strych. Z upływem czasu i nabraną wprawą dziecko i tak będziecie przewijać na łóżku albo na czymś miękkim (+podkład) na podłodze.

Kokon/gniazdo – 80 zł w górę. Znalazłem też taki za ponad 300 zł😮. UWAGA – nie mylcie z otulaczem MARKI Kokonik – te akurat są FANTASTYCZNE. Natomiast gniazdo to taka łódeczka, która ma stworzyć dziecku poczucie bezpieczeństwa poprzez odtworzenie warunków sprzed porodu – czyli ciasnoty. Nie wszystkie dzieci to lubią. Staś kompletnie nie lubił takich klimatów. Ograniczanie mu widoków to była najprostsza droga do awanturki.

Termometr do wody – alternatywa jest taka: wsadzasz łokieć do wody i sprawdzasz, czy nie jest za ciepła, ani za zimna. Następnie przybijasz sobie piątkę- właśnie zaoszczędziłeś między 10 a 50 zł.

Drobiazgi typu specjalne cążki do paznokci (te dorosłe są zupełnie spoko), szczota do włosówkosze na pieluchy… Serio, sky is the limit. Głównie bezsensownych wydatków…😀.

A jakie rzeczy, które okazały się kompletnie nieprzydatne wy kupiliście swojemu dziecku?

Jeżeli chcesz wiedzieć, co u mnie słychać, to polub mnie na Facebooku i obserwuj na Instagramie. 

Nie zapomnij udostępnić tego wpisu, a jeżeli na Twoim profilu wywiąże się ciekawa dyskusja pod postem z linkiem do bloga Tata Łukasz, to koniecznie prześlij mi screen na Instagramie – shoutout w Instastory gwarantowany! 

Praw­dzi­we szczęście? Móc się dzielić:
Share on Facebook
Facebook
Share on Google+
Google+
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
Print this page
Print

2 odpowiedzi do “Na co wyrzuciliśmy pieniądze, czyli rzeczy dla dziecka, bez których nie zawali się wam świat”

  1. A ja dziękowałam w myślach Temu, kto wymyślił podgrzewacz do butelek. Pierwsze prawie 3 miesiące musiałam ściągać mleko i podawać z butli, bo synek był wcześniakiem i na początku nie umiał ssać z piersi i szybko się męczył. Odgrzewanie w garnku w nocy jakoś mi nie pasowało. Więc ile dzieci i historii, tyle potrzebnych i zbędnych gadżetów😉
    Wózek mieliśmy po starszej córce. Córka korzystała z gondoli dosyć długo, ale synek już jeździ w spacerówce rozłożonej na płasko, gondola została szybko przez niego odrzucona😊

    1. No tak, zdecydowanie – dzieci i ich potrzeby są totalnie różne, całkowicie się z Tobą zgadzam! Nam jako alternatywę podgrzewania w garnku podpowiadano mikrofalówkę – nie próbowałaś, czy próbowałaś i też doszłaś do wniosku, że to nie do końca TO?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.