Odłóż ten telefon.

Czy masz czasem wrażenie, że brakuje ci czasu dosłownie na wszystko? Bo ja mam. Moje poranki to czterdzieści pięć minut dojazdu do pracy, osiem godzin w centrum Warszawy i prawie godzina powrotu do domu. Do tego milion rzeczy, których wymaga nasze niemałe mieszkanie, moja na nowo odkryta pasja do gotowania, comiesięczna seria rachunków, o zapłaceniu których trzeba pamiętać, częste sprzątanie mieszkania, bo moja alergia na roztocza… Lista prawie bez końca. Dzisiaj chcę napisać o tym, że są rzeczy, z których można zrezygnować, żeby zyskać czas na to, co jest naprawdę ważne. O tym, że czasem opłaca się zwolnić, przestać scrollować, klikać, kupować i komentować, żeby mieć czas na czerpanie radości z życia. Czytaj dalej

Rzeczy, które robiliśmy w ciąży chociaż (podobno) nie powinniśmy

Zajrzałem do statystyk bloga i odkryłem, że tag „ciąża” jest zdecydowanie najpopularniejszy. Blog jest dla was, więc inspiracja, żeby napisać coś o ciąży pojawiła się od razu!

News o pierwszej ciąży to z reguły dość spory szok – niezależnie od tego, czy jest ona wyczekiwana i wystarana, czy też jest klasyczną wpadką. W głowie pojawia się milion pytań potęgowanych przez tradycyjne podejście społeczne do tego stanu. Wiadomo — ustąp miejsca kobiecie w ciąży, kolejka z pierwszeństwem dla kobiet w ciąży i tym podobne udogodnienia stworzyły w umyśle kogoś, kto przez ciążę jeszcze nie przechodził wrażenie, że te dziewięć miesięcy wiąże się z kompletnym brak możliwości prowadzenia w miarę „normalnego” życia.

Jasne jest, że każda ciąża jest inna, a w przypadku tych zagrożonych stała opieka lekarza i stosowanie się do wszystkich zaleceń jest niezbędna. Tym niemniej u większości kobiet zajście w ciążę niekoniecznie oznacza całkowite pożegnanie się z dotychczasowym stylem życia. Na to czas przyjdzie dopiero od chwili porodu…

Jeżeli to wasze pierwsze dziecko, to dobra rada z autopsji – wykorzystajcie te dziewięć miesięcy na godne pożegnanie się z tym, co definiowało wasze życie do tej pory. Zrozumcie i przegadajcie swoje oczekiwania. Na odwrót już zdecydowanie za późno, ale planning is everything i dobre przygotowanie swojego życia na konieczność skupienia się na dziecku może całkiem nieźle zmiękczyć szok związany z tym, co zaraz nadejdzie.

PODRÓŻE

Jeżeli czegoś żałuję, to tego, że w czasie ciąży podróżowaliśmy tak mało… Byliśmy na super wakacjach w Grecji, które sami od początku do końca zaplanowaliśmy logistycznie – żadne tam all inclusive, ale oprócz tego ograniczyliśmy się do weekendowych wypadów po Polsce. Teraz, kiedy jesteśmy w trójkę, też podróżujemy – Staś pierwszy lot samolotem zaliczył w czwartym miesiącu swojego życia, ale logistyka takiego wyjazdu i ograniczenia są po prostu potężne w porównaniu z wypadem we dwoje. Maja świetnie znosiła podróże samolotem i samochodem w zasadzie przez całą ciążę. Zwracaliśmy jedynie większą uwagę na czystość miejsca, w którym mieliśmy zamiar nocować. Bardzo żałuję, że nie zaliczyliśmy we dwójkę np. Gruzji. Następna okazja na wspólny wypad na plaże Batumi będzie dopiero za kilka lat.

PRACA

Tutaj oczywiście sytuacja zależy głównie od charakteru pracy oraz przebiegu ciąży i każdorazowo decyduje lekarz, ale w sytuacji, nazwijmy to, uśrednionej – ciąża przebiega prawidłowo, a przyszła mama pracuje przy biurku i nawet trochę lubi swoją pracę, stoję na stanowisku, że nie ma sensu uciekać na L4 jak tylko na teście ciążowym pojawi się drugi pasek. Po pierwsze siedzenie w domu jest nudne. Sam pracowałem jako freelancer przy biurku obok swojego łóżka przez ponad 5 lat i po kilku miesiącach miałem już dość. A nuda w ciąży jest niewskazana. Tym bardziej nuda w samotności. Po drugie, prawie dwuletnia przerwa w pracy zawodowej potrafi być zabójcza dla wielu karier. Nowe trendy w branży, projekty, nowi ludzie w pracy… Naprawdę, lepiej odrobinę zwolnić, wsłuchiwać się bezustannie w swoje ciało, ale nie rezygnować całkowicie z siebie – na to naprawdę będzie czas już niedługo. Maja pracowała bodajże do końca 7 miesiąca i gdybyśmy cofnęli czas, zrobilibyśmy pewnie jeszcze raz tak samo.

KONCERTY

Tego nie sprawdziliśmy na zbyt dużej próbie, ale na tych eventach, koncertach, czy festiwalach, na których byliśmy w czasie ciąży Mai nawet przez chwilę nie żałowaliśmy, że zdecydowaliśmy się je odwiedzić! Jasne, BHP przy festiwalowaniu w ciąży ma zaostrzony rygor, ale i infrastruktura, na przykład na takim Kraków Music Festival, potrafi być niezmiernie przyjazna kobietom w ciąży – oddzielne wejścia, specjalny podest z super widocznością na scenę i z krzesłami do wykorzystania…

(niestety – pogodę mieliśmy fatalną!)

Jasne jest, że z widocznym brzuchem, albo nawet z samą świadomością ciąży nikt mądry nie pobiegłby pod scenę bawić się z tłumem, ale przy zachowaniu rozszerzonych środków bezpieczeństwa nie ma powodu, żeby będąc w zdrowej i niezagrożonej ciąży rezygnować z chodzenia na koncerty.

Hmm… o czym jeszcze zapomniałem?🤔 Daj znać w komentarzu poniżej! ⬇️

Jeżeli chcesz wiedzieć, co u mnie słychać, to polub mnie na Facebooku i obserwuj na Instagramie.

Nie zapomnij udostępnić tego wpisu, a jeżeli na Twoim profilu wywiąże się ciekawa dyskusja pod postem z linkiem do bloga Tata Łukasz, to koniecznie prześlij mi screen na Instagramie – shoutout w Instastory gwarantowany! Czytaj dalej

10 miesięcy tacierzyństwa – totalna (r)ewolucja

Staś ma już prawie 10 miesięcy. Nie mam pojęcia, kiedy to zleciało, serio. Od 10 miesięcy śpię inaczej, myślę inaczej i mam kompletnie poprzestawiane priorytety w życiu. Przez te 10 miesięcy wykańczaliśmy nowe mieszkanie (kompletnie zasypując je rzeczami Stasia i dla Stasia), zmieniliśmy jeden samochód, byliśmy w Paryżu, na road tripie po pięciu krajach, na nartach w Beskidach i tysiąc razy na weekend u dziadków.

Przez te 10 miesięcy zdążyłem założyć tego bloga, przenieść go z Blogspota na WordPress, założyć konto na Insta i wrzucić ponad 50 zdjęć, założyć blogowego fanpage’a na fejsie i kompletnie go olać, bo tak szczerze,to zupełnie nie mam na niego pomysłu…

Przez 10 miesięcy byliśmy z Mają półanonimowymi bohaterami strasznie kiepskiego reportażu na Onecie o małżeństwach z Tindera, ja napisałem felieton o bliskości do kwartalnika parentingowego, który został fajnie przyjęty w redakcji, może kiedyś się ukaże (podobno w październiku!).

Odkryłem grupy i fora matkowe i ojcowe. Uciekłem stamtąd, zanim zdążyłem cokolwiek napisać. Sorry, ale mam trochę inne spojrzenie na ojcostwo, niż ludzie, którzy tam siedzą.

Przez 10 miesięcy nauczyłem się przewijać, usypiać, karmić bez rozmazywania jedzenia wszędzie wokół (serio, umiem to!), nosić, bujać, tulić, szukać smoczka (czasami z powodzeniem!), zapinać dziecko w foteliku, a fotelik w samochodzie, wiem wszystko o pieluszkach, mleku modyfikowanym, oliwkach, biegunce wirusowej, bilirubinie, ząbkowaniu, skokach rozwojowych, 14 różnych znaczeniach bababababa w zależności od intonacji. Spotify sugeruje mi już wyłącznie playlisty z dźwiękiem morskich fal i wodospadów. No, czasami e-booki dla dzieci.

Zacząłem wolniej jeździć samochodem (nieważne, czy ze Staniem w środku, czy bez). Zainteresowałem się stopami procentowymi, lokatami, ubezpieczeniem na życie i na wypadek niezdolności do pracy. Założyliśmy Stasiowi konto oszczędnościowe.

A propos hajsu – doszedłem do wniosku, że nie ma już niczego, co chciałbym sobie kupić dla poprawienia nastroju, albo z czystej chęci posiadania. Odkładanie pieniędzy dla Stasia sprawia mi milion razy większą radochę, niż ich wydawanie.

Nie uciekł nam żaden kot!

Od 10 miesięcy nie byłem z kumplami na browarze (w zasadzie z kumplami „widzę się” już tylko przez internet). W barze byłem kilka razy, ale to tylko na wyjazdach służbowych. Po pracy do domu wracam, jak przyciągany przez wielki magnes, a najlepiej odpoczywam leżąc na macie u Stasia w pokoju i opowiadając mu o rzeczach, których na razie i tak nie czai.

Dbam o siebie, jak jasna cholera. CrossFit pięć razy w tygodniu, cukier ograniczyłem do minimum, mięsa nie tykam, ryby jem dwa razy dziennie. Jest mi z tym fantastycznie, przychodzi mi to naprawdę zaskakująco naturalnie. Moje wnuki będą mieć super dziadka, który będzie z nimi szalał na nartach, rowerze i basenie.

Byłem w kinie dwa razy, obydwa w ciągu ostatniego miesiąca. Żyjemy jak w dżungli, bez telewizora i bez broadbandu, więc przeczytałem mega dużo książek (żadnej poradnikowej o dzieciach, ale dwie o dzieciach po prostu) i nie zmarnowałem tysiąca godzin na oglądaniu re-runów HIMYM, albo Friendsów na Comedy Central.

Byliśmy na kolacji/lunchu we dwójkę jakieś pięć razy; przed Stasiem to była nasza średnia z dwóch tygodni. Jak się nie ma dziadków pod ręką, to podobno jest i tak niezły wynik. Po dwóch latach małżeństwa mam ochotę na kolejne pięćdziesiąt i jeszcze trochę dzieci. Prototyp wyszedł nam całkiem całkiem…

Uczę się ogarniać nas w trudniejszych chwilach. Nie obrażać się za jakieś głupoty. Nie stawiać się na pierwszym miejscu. Oduczyć się postaw roszczeniowych. Czerpać inspirację i spokój z tego, że to już jest na zawsze.

Maja za moment wraca do pracy. Może i powinienem być tym przerażony, ale ja jestem mega dumny. Znaleźliśmy nianię, i to za drugim podejściem. Mam przeczucie, że to na dłużej i że ten układ zadziała.

Przeszliśmy przez wszystkie fazy doła i euforii związanej z cyklem spania (a raczej niespania) Stasia – „ojej, jak on ładnie śpi”, „spał trzy godziny, ale super”, „spał tylko trzy godziny, zaraz zwariuję”, „zasnął w swoim łóżeczku, teraz już na pewno będzie tam spał co noc”, „nie zasypia nawet, jak go noszę”, „dlaczego on jeszcze śpi?!”, „dlaczego on już nie śpi?!”. Wszystko było. A przede mną jeszcze więcej.

Jestem tatą! Ale super.

Jeżeli chcesz wiedzieć, co u mnie słychać, to polub mnie na Facebooku i obserwuj na Instagramie. Czytaj dalej

Tata podróżujący, czyli jak opanować tacierzyństwo (i związek) na odległość?

Cześć! Tęskniliście?😃

Przez ostatnie dwa tygodnie byłem w Stanach na kolejnym dłuższym wyjeździe służbowym. Jak zwykle było bardzo intensywnie – nawet pomimo tego, że obiecałem sobie, że wrzucę chociaż jeden wpis, nie udało się. Przez jet lag przez pierwsze kilka dni wstawałem codziennie o 4-5 rano (na osłodę dostawałem spacery po Waszyngtonie przy wschodzącym słońcu i po pustych ulicach), a jak już przyzwyczaiłem się do nowej strefy czasowej, to zaczęło się robić bardzo intensywnie. Wracałem do hotelu o 17, i już nie miałem sił ani ochoty na nic, poza prysznicem i krótkim spacerem. No i telefonem do domu (o ile wyrobiłem się przed północą…)

Czy tęskniłem za Staniem i za Mają? Jasne, że tak! Nawet te kilka godzin dodatkowego snu, które dostawałem każdej nocy nie wynagradzały mi w zadowalającym stopniu tego, że nie było ich przy mnie.

Myślałem wtedy sporo o miejscu i roli taty w życiu małego dziecka. Niedługo przed moim wylotem Staś zaczął przejawiać oznaki lęku separacyjnego z mamą – płakał, gdy tylko Maja wychodziła z pokoju, a mi było go bardzo ciężko uspokoić nawet podtykając mu pod nos najfajniejsze zabawki, jakie ma. Uspokajał się, jak tylko przytulał się do mamy. Nie jest to najweselszy aspekt w życiu taty, ale jeżeli wiesz, czego się na danym etapie spodziewać, to można sobie z tym całkiem dobrze poradzić. Ja wiem, że mu to minie.

Wracając do roli taty – zawsze chciałem być takim, który po prostu… będzie. Cały czas blisko, ale bez zbytniego wtrącania się i bez bycia nachalnym. Pisałem już, że nie mogę się doczekać, aż trochę przejmę Stasia do męskich rozrywek – rower, CrossFit, kino, etc. Do tego czasu ćwiczę cierpliwość, robię plany na wprowadzanie go w świat prawie dorosłego faceta i staram się być obok zawsze wtedy, gdy jestem potrzebny. Mega lubię tego przystojniaka, jego towarzystwo jest dla mnie totalnie niemęczące.

No dobra, tylko jak być, jak Cię nie ma? Byłem sześć stref czasowych od Stasia i Mai, a do tego najbardziej zawalony grafik miałem właśnie wtedy, gdy oni mieli czas i ochotę, żeby ze mną porozmawiać…😥 Wykrojenie tych nawet dwóch-trzech minut na szybką rozmowę na FaceTime tak, żeby ich nie tylko usłyszeć, ale też zobaczyć, było dla mnie totalnie obowiązkowe! Zwłaszcza, że widziałem, jak fajnie Staś reaguje na mój głos. Uśmiechał się od ucha do ucha jak tylko mnie usłyszał, a gdy wróciłem to zaśmiał się tak głośno, że miałem wrażenie, że w swoim serduszku poczuł, że właśnie wygrał wszystko. A na pewno poczułem tak ja😍… Bycie tatą to jednak totalnie fantastyczna sprawa😀.

Jeżeli chcesz wiedzieć, co u mnie słychać, to polub mnie na Facebooku i obserwuj na Instagramie. 

Nie zapomnij udostępnić tego wpisu, a jeżeli na Twoim profilu wywiąże się ciekawa dyskusja pod postem z linkiem do bloga Tata Łukasz, to koniecznie prześlij mi screen na Instagramie – shoutout w Instastory gwarantowany!  Czytaj dalej

Nie mamy w domu telewizora! ZWARIOWALIŚMY?!

Kiedy w październiku zeszłego roku wyprowadzaliśmy się z naszego ukochanego mieszkania na Bemowie, a wprowadzaliśmy się do znacznie większego pod Warszawą, podjęliśmy decyzję, że telewizor z nami nie jedzie. Maja była wtedy w dziewiątym miesiącu ciąży, a na nowym osiedlu nie było jeszcze możliwości podłączenia kablówki. Przez kilka dni zastanawiałem się, czy na pewno potrzebuję telewizora do szczęścia, i tak włączałem do tylko rano szykując się do wyjścia do pracy, kiedy Maja jeszcze spała, a wieczorami służył nam wyłącznie jako większy ekran do oglądania seriali na Netflixie.
Jednocześnie w tamtym czasie zastanawiałem się, jakim będę tatą. To był jeden z tych, wcale nierzadkich, momentów w moim życiu, kiedy czytałem, jak szalony. W tamtym okresie potrafiłem pochłaniać dwie książki tygodniowo. Zauważałem po sobie, jak wiele czasu tracę oglądając przypadkowe rzeczy w TV, nie czerpiąc z tego żadnej radochy. W kilku rozmowach ze znajomymi rodzicami pojawiał się wątek czytania swojemu dziecku. Dodatkowo, natrafiałem na artykuły takie, jak ten: https://www.huffingtonpost.com/entry/science-proves-reading-to-kids-changes-their-brains_us_55c26bf4e4b0f1cbf1e38740 – o badaniach udowadniających, że mózg dzieci (zbadano dzieci w wieku od trzech do pięciu lat), którym rodzice czytali na głos zmienia się w stosunku do mózgów dzieci, którym rodzice nie czytali! Dodatkowo, czytanie dzieciom okazało się mieć bardzo pozytywny wpływ na ich zdolności w zakresie przyswajania tekstów, oraz sprawności mowy, oraz ogólnie na ich stan psychoemocjonalny. To jednak nie koniec pozytywnego wpływu czytania na rozwój intelektualny dzieci, bo to przez aktywny kontakt z książką dzieci potęgują swoje zainteresowanie nauką! Tak więc dla wszystkich rodziców chcących wychować młodych naukowców i inżynierów, przyszłych wynalazców i odkrywców – marsz do księgarni! 😃

Dla większości rodziców, główną wymówką, aby nie czytać swojemu dziecku, jest pewnie brak czasu. I chociaż telewizji oglądamy coraz mniej, to

zgodnie z tymi badaniami w USA dorosły spędza prawie 25 godzin tygodniowo (a więc prawie 4 godziny dziennie!) przed włączonym telewizorem! Czytaj dalej

Na co wyrzuciliśmy pieniądze, czyli rzeczy dla dziecka, bez których nie zawali się wam świat

Jeżeli twoja dziewczyna jest w ciąży, to jest duża szansa na to, że już tworzy listy rzeczy, które jej zdaniem (czyli zdaniem koleżanek, które już urodziły i internetu) są „niezbędne” i „koniecznie” musicie je mieć. Też tam byłem…😀 Jednak po jakimś czas okazuje się, że większość rzeczy nawet nie zalicza swojego unboxingu.

Poniższa lista to amunicja dla Ciebie w rozmowach z nią o tym, co naprawdę musicie kupić. Moja lista jest konsultowana z Mają, więc to w żadnym razie nie jest tylko moje samcze widzimisię, a raczej sprawdzona na własnym przykładzie kompilacja tego, co nam się totalnie nie przydało, lub co przez ostatnie siedem miesięcy uznaliśmy za nie do końca uzasadniony zakup:

Sterylizator do butelek – pożyczyliśmy, a nie kupiliśmy. Nie użyliśmy ani razu. Butelki po myciu zdecydowanie łatwiej jest wyparzyć wrzątkiem. Jasne, jeżeli ktoś karmi mlekiem modyfikowanym (u nas to było/jest od wielkiego dzwonu), to może faktycznie zakup sterylizatora ma sens. Ale jeżeli dziecko większość posiłków je z cycka, to wywalenie od 130 zł w górę i rozkładanie/składanie/mycie tego sprzętu jest totalnie nieuzasadnione.

Podgrzewacz do butelek – mamy, nie użyliśmy ani razu. Again, wydać od 50zł w górę, podłączać cały sprzęt tylko po to, żeby nie musieć przez krótką chwilę potrzymać butelki z mlekiem pod ciepłą wodą z kranu, albo w garnku…? No sorry, nie trafia to do mnie. Wiesz, ile książek możesz kupić dziecku za te pięć dych?! 😀 (odpowiedź: 2-3…🙁)

Wózek „dwa/trzy w jednym” – mamy dwa w jednym Bebetto Bresso (gondola+spacerówka). Gdyby nie fakt, że Staś urodził się zimą, w ogóle nie kupowalibyśmy gondoli. Posłużyła nam i tak tylko niecałe cztery miesiące, a latem spokojnie moglibyśmy używać rozłożonej na płasko spacerówki z tego zestawu. Z dużymi wózkami typu „dwa w jednym” jest tak, że im lepiej amortyzowany, tym bardziej ciężki i nieporęczny😀. Amortyzacja jest ważna, jeśli planujecie często spacery po wertepach czy lesie. Jeśli nie, postawcie na lekkość – serio, każdy kilogram wózka więcej czuć w kręgosłupie po szesnastym wyjęciu go z bagażnika, a pamiętaj, że jak ty będziesz w pracy, to ten wózek będzie wyjmować ona, i to jej kręgosłup będzie cierpiał. Stelaż od tego zestawu przydaje się też do użycia z fotelikiem samochodowym – na przykład przy okazji szybkiego wyskoczenia do sklepu nie trzeba dziecka przekładać do wózka. Ale ogólnie, to nie jest zakup „na lata” i nie warto kupować „dwa w jednym” za parę tysi. Spokojnie możesz kupić coś tańszego albo nawet używany wózek. Staś ma niecałe siedem miesięcy, a my i tak już dużo częściej używamy lekkiej, małej parasolki Chicco.

Oddzielną kwestią jest wybór fotelika samochodowego. Te od zestawu „trzy w jednym” odrzuciliśmy od początku – w polskich wózkach zwykle nie mają testów zderzeniowych i ich bezpieczeństwo było dla nas zagadką. Wybraliśmy Maxi Cosi CabrioFix, ale teraz, z perspektywy czasu wiemy, że lepszą opcją byłaby wycieczka do sklepu i dopasowanie fotelika do samochodu. W pierwszym foteliku – tak zwanej łupince – ważny jest kąt nachylenia oparcia. Jeśli jest zbyt mały, to główka dziecka może opadać podczas jazdy, co grozi niedotlenieniem malucha. Jeśli zbyt duży, to w razie wypadku nie jest to do końca bezpieczne. Najlepiej zatem dopasować fotelik do auta, bo finalny kąt nachylenia oparcia zależy np. od głębokości czy wyprofilowania waszej kanapy w aucie. Nam się udało to dopasować, ale to zupełnym fartem, bo nie sprawdziliśmy tego wcześniej.

Śpiworekkwestia indywidualna. Again – mamy, ale ani razu nie użyliśmy. Staś najpierw spał w kocyku zawiniętym jak rożek, a potem przyszło lato i śpi, jak ojciec – bez niczego. Z drugiej strony są dzieci, które w śpiworkach  śpią nieźle, stąd też disclaimer na początku.

Sporo kosmetyków:

  • szampon do włosów i płyn do kąpieli – kąpiemy Stasia w wodzie z olejkiem migdałowym (ze słodkich migdałów), tą samą wodą myjemy mu włosy. Zbieramy propsy za stan jego skóry od samego początku – zarówno od położnej środowiskowej, jak i przy wszystkich wizytach u pediatry😀. Dziecko, dopóki nie pełza po podłodze, nie ma za bardzo jak się ubrudzić „klasycznym” brudem, więc detergent jest po prostu niepotrzebny.
  • olejek na ciemieniuchę – w przypadku Stasia totalnie wystarczyło „wyczesanie”, a raczej wytarcie ręcznikiem ciemieniuchy po jej wcześniejszym rozmiękczeniu olejkiem ze słodkich migdałów. Potem wystarczy spłukać wodą, ręcznik do łapki i gotowe. Większość olejków na ciemieniuchę i tak ma w składzie olejek, więc moim skromnym męskim zdaniem po co mnożyć byty i kupować pięć różnych buteleczek, jak można wszystko lać z jednej.
  • balsam do ciała – jak wyżej. Skóra dziecka po kąpieli z olejkiem ze słodkich migdałków jest już tak super nabalsamowana, że dodatkowa warstwa jest po prostu zupełnie zbędna.
  • Czytaj dalej

    Rodzicielstwo bliskości – część PIERWSZA. Współspanie (łóżko rodzinne) – jak to jest u nas?

    Rodzicielstwo bliskości (RB) to bardzo popularna u nas (albo być może tylko u nas blogerów…), ale też do pewnego stopnia kontrowersyjna filozofia rodzicielstwa. Nie chcę słowem „filozofia” nikogo przestraszyć, bo jest to raczej mniej lub bardziej luźny zbiór rekomendacji i zaleceń sprowadzający się, jak to pięknie określiła moja żona, do traktowania dziecka w taki sam sposób, w jaki my sami chcielibyśmy być traktowani.

    Kiedy z inspiracji Mai zacząłem wgryzać się w temat RB bardzo się zdziwiłem, jak wiele przeciwstawnych opinii istnieje na ten temat. Dotyczy to zarówno opinii specjalistów – lekarzy czy psychologów, jak i samych rodziców. Temat jest zdecydowanie zbyt obszerny na jeden wpis, dlatego też skupię się na razie na jednej kwestii ściśle związanej z rodzicielstwem bliskości – wspołspaniu.

    Co-sleeping, czyli współspanie, a więc spanie rodziców z małym dzieckiem w jednym łóżku to nic nowego. To nie jest żadna hipstersko-millennialsowa moda, a coś, co istniało na dłuuuugo, zanim powstał Starbucks😃. Jeszcze nie tak dawno, kiedy zdecydowana większość ludzi na ziemi mieszkała w niewielkich domach, często jednoizbowych, spanie małego dziecka z rodzicami wydawało się rozwiązaniem difoltowym, przynajmniej z punktu widzenia logistycznego i podziału niewielkiej przestrzeni życiowej. Nie licząc oczywiście uprzywilejowanych grup społecznych, mogących sobie pozwolić na oddzielne pomieszczenia do niemalże każdego celu. Znaczenie też miał klimat — bliskość matki pomaga ogrzać dziecko, kiedy temperatura znacznie spada. Dopiero po rewolucji przemysłowej i zalążkach miejskiej klasy średniej pompowanej liczebnie przez gwałtowną migrację ludności ze wsi do miast większa liczba rodzin mogła pozwolić sobie na taką „fanaberię”, jak osobny pokój dla dziecka.

    Naukowcy twierdzą, że spanie matki/rodziców i dziecka razem z niemowlakiem może mieć bardzo pozytywny wpływ z punktu widzenia hormonów – u wszystkich zainteresowanych bardzo spada poziom kortyzolu, a więc hormonu stresu, a badania przeprowadzone na szczurach potwierdziły również w ich przypadku pozytywny wpływ na  poziom hormonu wzrostu i aktywności enzymów regulujących pracę najważniejszych organów.

    Wygodne jest również to, że po każdym karmieniu nie trzeba dziecka odkładać do innego łóżka/zanosić do innego pomieszczenia, a dzieci kilkuletnie (podobno…) potrafią same się obsłużyć w środku nocy bez budzenia matki. Staś niestety wyraźnie woli obsługę kelnerską od bufetu..😢

    Najważniejsze jednak wydaje się być budowanie więzi emocjonalnej rodziców z dzieckiem. Im więcej czasu Staś spędza z nami, tym lepiej nas poznaje. Tę więź można jednak budować na wiele sposobów, a to, że śpisz razem ze swoim dzieckiem w jednym łóżku wcale nie zaprzepaszcza szansy na jej stworzenie. Jednak budowanie poczucia bezpieczeństwa u dziecka wydaje się, przynajmniej w naszym przypadku, przekładać bezpośrednio na to, jak Staś na nas reaguje.

    Nie ma jednak sensu zmuszać się do współspania, jako jedynej słusznej metody. Natura na różne sposoby podpowiada nam, co jest dla nas i dla naszego dziecka najlepsze. To, w jakiej konfiguracji wszyscy się najlepiej wysypiacie powinno być tą, w jakiej najczęściej śpicie. Naprawdę nie próbujcie zmuszać się do spania w określony sposób, jeżeli komuś z was to nie służy.

    Przeciwnicy współspania powołują się na przypadki śmierci najmłodszych noworodków w wyniku przygniecenia przez otyłego rodzica, lub przypadkowego uduszenia poduszką, czy też ciężką kołdrą. Należy pamiętać, żeby w łóżku nie było żadnych luźnych przedmiotów, zwłaszcza, gdy dziecko jest bardzo małe. Dotyczy to misiów, kołderek, poduszek, pieluszek, etc. Dziecko powinno też spać na początku w rożku lub w swoim śpiworku, dzielenie kołdry z rodzicami to temat na za kilka miesięcy po urodzeniu, i to najwcześniej. Pomoce takie, jak dostawne łóżeczko Next2Me wydają się pewne ryzyka dość mocno ograniczać.

    Negatywny wpływ co-sleepingu na wasz związek to jeszcze jedna bardzo istotna kwestia. Dziecko śpiące w waszym łóżku uniemożliwia prowadzenie w nim jakiegokolwiek(!) życia seksualnego. Z drugiej strony może pozytywnie działać na kreatywność w tej kwestii😃. Utrudnia też komunikację, ciągłe szeptanie do siebie od 22 jest strasznie wkurzające. Są noce, kiedy śpiące między wami dziecko spowoduje, że przez całą noc nawet się nie dotkniecie, o jakimkolwiek przytulaniu nie wspominając. Szczerze mówiąc jest to dla mnie często bardzo niefajne.

    Czy łatwo się przyzwyczaić do malucha w łóżku, w którym wcześniej spaliście tylko we dwoje? Na początku jest trochę dziwnie, ale to uczucie szybko mija. Teraz kopiący mnie w plecy przez sen, śpiący prostopadle do nas Staś nawet mnie tak bardzo nie wkurza😃. Nie wiem, jak u niego z hormonem wzrostu i ogólnym wpływem naszych metod wychowawczych, ale nasz niespełna siedmiomiesięczny wariat zaczyna nam ostatnio próbować stawać… Cieszę się też, że Maja nie musi go po każdym karmieniu odkładać do jego łóżka – ma Next2Me, ale ponieważ w ostatnich tygodniach zrobił się totalnie ruchliwy, to musi spać między nami, żeby ograniczyć ryzyko, że spadnie nam z łóżka. Następnym zakupem będą pewnie barierki na łóżko.

    A jak to jest u was? Jesteście za RB? Pozwalacie swojemu dziecku spać w waszym łóżku? 

    Jeżeli chcesz wiedzieć, co u mnie słychać, to polub mnie na Facebooku i obserwuj na Instagramie.  Czytaj dalej

    Bycie tatą to również popełnianie błędów, ale wcale nie powinieneś się tym przejmować

    Mam ostatnio wenę do dwuznacznych tytułów… Chociaż ostatnio nadrabiamy, to może to jeszcze pozostałość po braku snu przez pierwsze ząbkowanie Stasia. Jadąc dzisiaj do pracy (no dobra… na CrossFit) myślałem o pewnej zasadzie, którą przez długie miesiące starał mi się wpoić pewien mądry człowiek – don’t make the perfect the enemy of the good. Lepsze wrogiem dobrego.

    Pomyślałem sobie o tym, że tacierzyństwo jest naprawdę trudne. Mam czasami wrażenie, że popełniam błąd za błędem – że Maja potrafi lepiej założyć Stasiowi pieluchę, że szybciej go usypia, że jest milion razy bardziej kreatywna w wymyślaniu mu rozwijających rozrywek (wczoraj byli na gordonkach, a ja nawet nie wiedziałem, co to…). Z drugiej strony czasami mi się wydaje, że moja żona tak bardzo dba o mój rozwój ojcowskich skilli, że świadomie pozwala mi popełnić jakiś błąd — żeby nie sprawić mi przykrości zwróceniem uwagi, albo żebym sam przekonał się, że coś robię nie tak i sam znalazł rozwiązanie. Tak było z wieloma rzeczami – przewijaniem, braniem na ręce, wkładaniem do fotelika, instalowaniem fotelika w samochodzie. Lista jest naprawdę długa. Biorąc pod uwagę, jak wiele się w tej sposób nauczyłem, to chyba całkiem dobre podejście…

    Myśląc o tym doszedłem do wniosku, że uczenie się na własnych błędach to dość uniwersalna metoda wychowawcza, a w stosunku do nas, facetów, wręcz difoltowa, i że w pewnym sensie Maja ma w domu dwóch chłopaków, których pod tym względem traktuje podobnie. Czy jest mi z tym źle? No właśnie nie! Wydaje mi się, że w ten sposób uczymy się oboje, i jest to bezcenne doświadczenie – ja o swoich ograniczeniach w byciu tatą, a Maja o swojej cierpliwości i zaufaniu do mnie. Robienie wszystkiego dobrze rozleniwia i nie rozwija.

    A jak to się ma to tacierzyństwa? Tak, że jestem wręcz pewien, że tę samą metodę będę stosował wobec Stasia. Dzieci popełniają masę błędów, ich postrzeganie tego, co jest zrobione dobrze, a co źle jest kompletnie różne od naszego, a liczba nowych dla nich bodźców i doświadczeń jest w zasadzie nieograniczona – wszystkiego muszą się nauczyć od zera. I chociaż czasami będę się czuł źle z tym, że mój syn na moich oczach ponosi porażkę, to ważniejsze, niż poczucie, na szczęście fałszywe, tego, że jestem wredny będzie co innego. ŚWIADOMOŚĆ, ŻE MÓJ SYN SIĘ ROZWIJA.

    A to przecież w byciu tatą jest chyba najważniejsze…

    Jeżeli chcesz wiedzieć, co u mnie słychać, to polub mnie na Facebooku i obserwuj na Instagramie. 

    Nie zapomnij udostępnić tego wpisu, a jeżeli na Twoim profilu wywiąże się ciekawa dyskusja pod postem z linkiem do bloga Tata Łukasz, to koniecznie prześlij mi screen na Instagramie – shoutout w Instastory gwarantowany!  Czytaj dalej

    Wakacje już za trzy tygodnie!

    Hej! Dzisiaj krótki wpis – właśnie uświadomiłem sobie, że za trzy tygodnie wyruszamy na pierwsze prawdziwe i długie wakacje ze Stasiem! Wracamy do jednego z naszych ulubionych miejsc – Piran/Portoroż, czyli taki mały kawałek Słowenii z dostępem do Morza Adriatyckiego, które jest tam super czyste i mega przejrzyste. A do tego wrócimy do jednej z moich ulubionych wakacyjnych rozrywek z poprzedniego naszego wyjazdu tam, czyli śniadanie na Słowenii, obiad w Chorwacji i kolacja we Włoszech! Serio, zarówno do pierwszej niezłej restauracji w Chorwacji, jak i do Triestu we Włoszech mamy 30 minut jazdy. Zdjęcie na górze jest akurat z jednodniowego wypadu ze Słowenii do Triestu – było rewelacyjnie, bardzo się cieszę, że tam wracamy!

    Będzie rewelacyjnie, tak samo, jak dwa lata temu.

     

    Kolejna rzecz, którą totalnie się jaram, to fakt, że dosłownie kilka dni przed wyjazdem odbieram nowy samochód! Don Draper i jego słynne „the smell of a new car”. Miał chłopak rację. Totalnie nie mogę się doczekać. Mam nadzieję, że Jeep zdąży dowieźć moją nową zabawkę z fabryki we Włoszech, żebym natychmiast mógł nią do tych samych Włoch wrócić.

    Dodatkową atrakcją w tym roku będzie to, że jedzie z nami Staś! Będzie mieć wtedy siedem miesięcy, to jego drugie poważne wakacje, ale na pierwsze do Paryża poleciał. Tym razem czeka go kilka godzin w samochodzie. Rozłożymy mu to. Wyjedziemy z Warszawy wieczorem i zrobimy sobie przystanek na nocleg w okolicach Wiednia. To samo czeka nas pewnie w drodze powrotnej. Dziecko w tym wieku nie powinno spędzać w foteliku więcej, niż dwie-trzy godziny jednorazowo i do pięciu-sześciu łącznie danego dnia.

    Serio, nie mogę się tego wyjazdu doczekać!

    Jeżeli chcesz wiedzieć, co u mnie słychać, to polub mnie na Facebooku i obserwuj na Instagramie. 

    Nie zapomnij udostępnić tego wpisu, a jeżeli na Twoim profilu wywiąże się ciekawa dyskusja pod postem z linkiem do bloga Tata Łukasz, to koniecznie prześlij mi screen na Instagramie – shoutout w Instastory gwarantowany!  Czytaj dalej

    Trzy rzeczy, za które Ona na pewno będzie mieć do Ciebie pretensje

    Na początek mały disclaimer – to nie jest wpis o tym, jakie dziewczyny-matki są złe i jak bardzo narzekają na cały świat, a najbardziej na swoich facetów. Tytuł jest lekko prowokacyjny, a ja chcę zwrócić uwagę na to, jak moim zdaniem dziewczyny widzą naszą rolę w rodzicielstwie, przynajmniej na pierwszym etapie. Pierwsze dziecko pojawiające się w związku to dla tego związku ogromny szok, z czasem macie szansę zrozumieć, że jest to szok pozytywny, a wzajemne postrzeganie się przez was bardzo się zmieni. Dzieje się zbyt wiele, żeby ona zawracała sobie głowę proszeniem was o coś i tłumaczeniem, dlaczego tak trzeba. A do tego jest zmęczona, niewyspana i nie zdążyła jeszcze odpocząć po porodzie, chociaż minęły już dwa miesiące (serio, bez żadnej ironii!). W związku z czym łatwo od razu wskakuje się jej na poziom komunikacji pt. pretensje.

    ŻE TY ŚPISZ, A ONA NIE

    Jeżeli poród jeszcze przed wami, to powiem Ci, jak będzie po powrocie do domu: będziecie spać zdecydowanie mniej. Co prawda noworodki są pod tym względem różne, ponoć dziewczynki śpią ogólnie lepiej. Porównując do opowieści znajomych, nasz Staś jest mniej więcej w środku stawki. Na początku sypiał bardzo różnie, czasem w trzy-czterogodzinnych godzinnych interwałach, kilka razy przespał nawet sześć godzin. Ostatnio weszło nam ząbkowanie (szósty miesiąc), i od kilku tygodni nasze noce wyglądają tak: Staś zasypia przed 22, budzi się pierwszy raz około północy, a potem karmienie albo usypianie funduje nam co 50-90 minut.

    W rezultacie oboje jesteśmy niewyspani, z czego Maja tysiąc razy bardziej, bo to ona go karmi i ona go po karmieniu usypia, a ja o 7.10 wstaję do pracy. A żaden człowiek spania przez długie tygodnie w kawałkach po pół godziny nie jest w stanie funkcjonować dobrze i wykazywać się jakąś potężną dozą empatii. A zatem spodziewaj się pobudek o czwartej (w sumie o dowolnej godzinie) z pytaniem, czy możesz go/ją pobujać/uśpić/nakarmić z butelki, albo zabrać do drugiego pokoju, żeby ona mogła się przespać kilka godzin. I uwierz, to nie jest łatwe. JA WIEM, że powinienem automatycznie się na to zgadzać, a w dalszym ciągu nie przychodzi mi to łatwo. Sen w rodzinie z małym dzieckiem jest towarem pożądanym bardziej, niż szlugi w więzieniu. Łatwo jest stracić nad sobą kontrolę, albo walnąć coś, czego normalnie by się nie powiedziało.

    ŻE NIE PRZEWIJASZ

    No sorry, nie masz wyjścia. Trzeba będzie się nauczyć i przyzwyczaić. To blog dla facetów, więc bez pieszczenia się z tematem: przewinąć zasikane dziecko to nie jest skomplikowana sprawa. Poniżej krótka instrukcja:

    1. Kładziesz dziecko na przewijaku i od tego momentu już od niego nie odchodzisz, dopóki nie skończysz!

    2. Rozpinasz i zdejmujesz mokrą pieluszkę.

    3. Wycierasz dokładnie dziecko na powierzchni, do której przylegała pielucha przeznaczonymi do tego chusteczkami. Nie paniku, żona/dziewczyna je kupi.

    4. Natłuszczasz skórę dziecka odpowiednim olejkiem/kremem. Nie panikuj, też Ci to kupi.

    5. Zakładasz czystą pieluszkę i ubierasz dziecko.

    Siki są łatwe, a do tego nie śmierdzą. Najgorsze, co może Ci się przytrafić, to to, że dziecko obsika Ciebie. Zdarza się raz na siedem-dziesięć przewinięć.

    W przypadku kupy postępuj tak samo, ale upewnij się, że dziecko jest wytarte do czysta. Pozwolę sobie zgadnąć, że pewnie nie lubisz chodzić obsrany, więc niby dlaczego Twoje dziecko miałoby to lubić? Do rozszerzenia diety (po szóstym miesiącu) kupa nie śmierdzi, a dziecko rzadko ją robi w trakcie przewijania. Ryzyka: dziecko może sobie kupę rozsmarować i może się ona wylać poza pieluszkę. Wtedy dziecko powinieneś umyć pod prysznicem, albo w umywalce, a brudne ubranko natychmiast (jak odłożysz dziecko po przewinięciu w bezpieczne miejsce!) wrzuć do miski z chłodną wodą i detergentem, w którym pierzecie rzeczy dziecka. Jeżeli nie wiesz, który, to podpowiem, że jest duża szansa, że nazywa się LOVELA.

    Przewijanie jest jakiś milion razy łatwiejsze od funkcjonowania na totalnym niewyspaniu. Tak więc ogarnij to i zacznij pomagać. Ja sam mam jeszcze okazjonalnie słabsze chwile, kiedy wolę nie przewijać, niż przewijać😉, ale ogólnie mam świadomość, że powinienem. To w końcu moje dziecko, nie po to je mam, żeby się marynowało we własnej kupie…

    ŻE NIE MYŚLISZ TAK, JAK ONA BY CHCIAŁA

    Spoko, dotyczy to tylko myślenia w kontekście dziecka😉. I nie chodzi tu o myślenie, jak kobieta, a o myślenie, jak rodzic. W uproszczeniu chodzi o to, żebyś całego myślenia i planowania nie zostawiał jej. Jeżeli dokądś wychodzicie, to ogarnij rzeczy dziecka, które musicie zabrać – pieluszki, fotelik, kremy, chusteczki, ciuchy na zmianę, etc. Jeżeli idziecie spać, to nie zostawiaj jej do umycia butelek, kapturków do karmienia i smoczków. Ona się na 95% nie wyśpi, a Ty tylko na 50%. Postaraj się umieścić dziecko w centrum wszystkich planów na tu i teraz. Powinno pomóc.

    I na koniec…

    Na szkole rodzenia mówili nam (zapamiętałem!), że matka kocha dziecko „tu i teraz”, czyli za to, jakie jest. A ojciec kocha to, co z dziecka wyrośnie w przyszłości. Według mnie to prawda. Ja patrząc na Stasia widzę chłopaka, którego będę zabierał na mecze i uczył jeździć na nartach. Na razie jest dla mnie trochę mało komunikatywnym stworzeniem, ale mam wrażenie, że im bardziej zaangażuję się w opiekę nad nim teraz, tym łatwiej będzie mi go ogarnąć za jakiś czas. Warto też się postarać i odciążyć matkę dziecka chociażby po to, żeby zobaczyć uznanie w jej oczach. Mało jest tak fajnych rzeczy na świecie, jak poczucie bycia docenionym przez kogoś, kogo się kocha, a teraz za jedną rzecz docenią Cię aż dwie osoby!😉

    Jeżeli chcesz wiedzieć, co u mnie słychać, to polub mnie na Facebooku i obserwuj na Instagramie.

    Nie zapomnij udostępnić tego wpisu, a jeżeli na Twoim profilu wywiąże się ciekawa dyskusja pod postem z linkiem do bloga Tata Łukasz, to koniecznie prześlij mi screen na Instagramie – shoutout w Instastory gwarantowany! Czytaj dalej