Dlaczego czasem nam nie wychodzi, czyli tacierzyństwo jako emocjonalny rollercoaster

Dwa dni temu wróciłem do domu trochę wcześniej, żeby Maja  mogła wyjść na kilka godzin do kosmetyczki🙄. Mieliśmy zostać ze Stasiem sami. No… plus jeszcze nasze dwa koty😃. No biggie, pomyślałem, zostawałem z nim często i na długo i te wieczory tata+syn były moimi ulubionymi. Trochę zabawy na macie z tysiącem zabawek dookoła, trochę marudzenia i noszenia na rękach, karmionko i spanko. Przy dobrych wiatrach będę miał godzinę dla siebie. Idealnie❗

Już kilkukrotnie było tak, że kiedy ja byłem w pracy, a z nim w domu została Maja, Staś zaczynał zachowywać się, jak wariat. Przez długie godziny jedyna pozycja, w której nie krzyczał, to pozycja u mamy na rękach. O spaniu, czy spokojnym jedzeniu nie było mowy. Kiedy ja wchodziłem do domu, Staś przechodził cudowną metamorfozę, zaczynał się śmiać na głos, a po kilku minutach spokojnie zasypiał u mnie na klacie. Nie powiem, że nie miałem w tych chwilach poczucia tego, jaki jestem ważny i wszechmogący w swoim tacierzyństwie, no po prostu + 10 do samopoczucia💪. Przyjmowałem to, jako potwierdzenie, że moje dziecko nawet trochę mnie lubi😉.

Tego wieczoru dosłownie kilkadziesiąt sekund po wyjściu Mai z domu Staś się obudził i zaczął prawie dwugodzinny koncert, który nie kończył się nawet w kombinacji noszenie+bujanie. Nie pomagało karmienie, zabawki, muzyka, szum… Totalnie nic. Byłem przerażony. Zacząłem wydzwaniać do Mai, że może coś mu się stało i kiedy wraca… Kompletna beznadzieja i poczucie porażki. Ojcowskie ego szurowało po dnie☹️. Co gorsza (paradoksalnie), Staś przestał płakać i zaczął się śmiać dokładnie w chwili, kiedy Maja po swoim powrocie wzięła go na ręce.

Było mi wtedy naprawdę źle, to było cholernie demotywujące. Cieszyłem się oczywiście, że Staś się uspokoił, ale zacząłem mieć wątpliwości co do tego, czy  jestem dobrym tatą. To nie są przyjemne myśli, ale chyba wszyscy je kiedyś mieliśmy, i niejednokrotnie jeszcze mieć będziemy.

Na szczęście następnego dnia Staś był przy mnie już super-szczęśliwy, roześmiany i bez problemu dał mi się uśpić. Wszystko wróciło do normy.

Pomyślałem wtedy, że w oczekiwaniu na wszystkie nadchodzące bunty muszę dobrze zrozumieć to, co się stało. Staś ma osiem miesięcy – nie zna jeszcze emocji, a raczej nie potrafi ich odróżnić, przemyśleć i nazwać. Jego złość nie była skierowana przeciwko mnie. to był raczej jedyny tool dostępny w jego tool boxie, przy pomocy którego mógł mi coś przekazać. Nie ma też pojęcia, jak radzić sobie z wahaniami emocji, które go często dopadają. Znalazłem dzisiaj fajny artykuł, co prawda o emocjach nastolatków, ale znalazłem w nim kilka zdań, które odniosłem bezpośrednio do siebie – My Kid Hates Me, Is that Normal? Reagowanie emocjami dorosłych (obrażanie się, zniechęcanie, uciekanie od dziecka) na emocje malucha to cholernie powalony pomysł. Kompletny brak kompatybilności pomiędzy tym, co czuje ono, a co czujemy my. Byłem blisko popełnienia tego błędu, ale na szczęście na tyle porządnie przeanalizowałem to, co myślałem, że czuję, że udało mi się do końca zachować tak, jak powinien zachować się tata. Morał: jedyne, co możemy w takich chwilach robić, to kochać nasze dzieci jeszcze bardziej.

Jeżeli chcesz wiedzieć, co u mnie słychać, to polub mnie na Facebooku i obserwuj na Instagramie. 

Nie zapomnij udostępnić tego wpisu, a jeżeli na Twoim profilu wywiąże się ciekawa dyskusja pod postem z linkiem do bloga Tata Łukasz, to koniecznie prześlij mi screen na Instagramie – shoutout w Instastory gwarantowany! 

Praw­dzi­we szczęście? Móc się dzielić:
Share on Facebook
Facebook
Share on Google+
Google+
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
Print this page
Print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.